piątek, 11 maja 2012

Rozdział 6



Obudziłem się wczesnym rankiem z jakimś nieokreślonym niepokojem w sercu. Całą noc śniły mi się koszmary. Nic konkretnego. Widziałem jakieś bezkształtne, ciemne postacie, słyszałem wołające mnie niezrozumiałe szepty. Coś przemykało się na granicy mojej świadomości. Miałem wrażenie, że ktoś lub coś chce mnie przed czymś ostrzec. Zerwałem się z łóżka, szybko narzuciłem na siebie jakieś jeansy i koszulkę.  W pośpiechu wybiegłem do ogrodu. Miałem nadzieję, że kontakt z naturą, jak zawsze przywróci mi spokój. Niestety tak się nie stało. Drzewa stały dziwnie ciche i odległe, kwiaty stuliły swoje barwne pąki, trawy i krzewy przestały szeleścić. Nawet ptaki jakby ciszej śpiewały. Miałem wrażenie, że wszystko wokół mnie wstrzymało oddech. - Luis, zamieniasz się w zabobonną staruszkę. Parę kiepskich snów całkowicie wybiło cię z rytmu. Wszędzie widzisz znaki i omamy. Jeszcze trochę i sam zaczniesz rysować kręgi chroniące przed złymi mocami. Pozbieraj się i idź lepiej na śniadanie- strofowałem się w myślach.
- Gdzie jesteś kochanie? Owsianka już gotowa! - usłyszałem głos Soni. Zapachniało smażonymi skraweczkami. Uwielbiam ten aromat,  żadnej, nawet najlepszej londyńskiej restauracji takiego nie poczujecie. A co myśleliście, że jak ,,zielony’’ to już na pewno wegetarianin? Nie ma mowy, lubię mięsko, jak każdy zdrowy facet. Zasiadłem więc z przyjemnością do mojego parującego śniadanka. Jak tylko wziąłem do buzi pierwszy kęs, wszystkie gnębiące mnie strachy wyleciały mi z głowy. Tymczasem cioteczka z bardzo niezadowoloną miną kłóciła się z kimś przez telefon. Widać było, że rozmowa jest nieprzyjemna, bo wreszcie zaczęła krzyczeć do słuchawki.
- Wy durne barany, niczego nie umiecie załatwić porządnie! Jak to się mogło stać? Przyjdźcie do mnie wieczorem, musimy omówić strategię - wrzasnęła do słuchawki. - Mężczyźni bez kobiet byliby już gatunkiem wymarłym! Zawaliliście sprawę, a teraz śmiecie do mnie przychodzić po pomoc? - dodała pogardliwie i wyłączyła telefon. - Co się tak gapisz? - zapytała złośliwie. - Wiesz, że nieładnie jest podsłuchiwać cudze rozmowy? Wieczorem masz być w domu! Mamy zebranie - zanim zdążyłem zaprotestować, była już za drzwiami, poza zasięgiem mojego głosu. - Ciekawe co się stało, że była taka wściekła? Co ona ma do facetów? Pewnie ją jakiś rzucił czy coś!
…………………………………………………………………………..
Po osiemnastej ciotka zaczęła przygotowania. Nakryła stół w ogrodowej altance białym brusem, rozstawiła grilla i wyciągnęła z piwnicy kilka butelek zacnego, gronowego wina. Tłukła się przy tym niemiłosiernie i zamiatała szeroką spódnicą, aż furkotało. Widać było, że humorek nadal miała dość kiepski. Schodziłem jej więc z drogi, bo po co się narażać podminowanej kobiecie. W końcu przybyli oczekiwani goście. Zabrzmiał dzwonek u drzwi.
- Idź otwórz tym obwiesiom i przyprowadź ich tutaj - warknęła do mnie. Otworzyłem bramkę i moim oczom ukazała się spora, zdenerwowana gromadka składająca się z Artura, Samuela oraz, o dziwo, reportera Adama.
- Wejdźcie, ciotka właśnie ostrzy kły! To jest, chciałem powiedzieć, noże do krojenia mięsa - plątałem się zaskoczony ich widokiem. Spodziewałem się zupełnie kogoś innego.
- Siadajcie - zwróciła się do nich Sonia - Mamy wiele do omówienia. Luis, zostań z nami. Mieszkasz tu, więc lepiej, jak będziesz wiedział co się święci - nie miałem więc innego wyjścia, jak usiąść razem z nimi.
- Jak wszyscy wiemy, od tygodnia funkcjonuje nowo otwarty hotel, nad naszym pięknym jeziorem. Nigdy nie powinniśmy zgodzić się na jego budowę, ale dla niektórych ważniejsze były pieniądze, niż panujący tu od lat święty spokój - i tu wymownie spojrzała na dziennikarza i Futrzarskiego, którzy mieli tyle przyzwoitości, że nisko spuścili głowy. - Niestety, przybytek ma dobrego menadżera, któremu udało się ściągnąć tutaj całe rzesze turystów. Plątają się po lesie, niszczą, hałasują, jak to miastowi. Samo to już wystarczy, żeby zdenerwować niektórych  mieszkańców Posoki. Ale naszemu wspaniałemu, kompletnie nie znającemu miejscowych realiów burmistrzowi było tego mało. Wczoraj w Internecie, opublikował reklamę naszego regionu i w swojej głupocie przeszedł samego siebie. Zawarł w niej nie tylko wiele legend i mitów, ale także podał do wiadomości możliwość istnienia w lochach pod miasteczkiem, skarbu oraz grobowca Nienazwanego, pochowanego wraz z klejnotami o ogromnej wartości. Ten kretyn, rozpętał tu prawdziwe piekło. Już dzisiaj rano, widziałam kilku uzbrojonych w łopaty, latarki i liny poszukiwaczy przygód. Nie chcę wiedzieć, co będzie się tu działo dalej!
- Miejmy tylko nadzieję, że nie będą się pałętać po lesie po zmroku - odezwał się milczący do tej pory Samuel. - Wolałbym, aby nie powtórzyła się historia z czasów ostatniej wojny.
- Czyżby, któryś z twoich krewnych nie lubił wrzawy? Powinni być zadowoleni, zwierzyna sama pcha im się w ręce - zapytał złośliwie Artur.
- To nie jest żaden mój krewny, nie obrażaj mojej rodziny, kundlu. To sami inteligentni i dobrze wychowani ludzie, w przeciwieństwie do młodocianych chuliganów z twojego stada – odgryzł mu się chłodno Ostrowski.
- Panowie tylko spokojnie, mamy tu skupić się na naszych problemach. Takie awantury, to możecie urządzać sobie potem - zaoponował dziennikarz. Niestety nikt go nie słuchał. Kłótnia trwała w najlepsze, w dodatku Sonia zamiast ich powstrzymać, dolewała jeszcze przysłowiowej oliwy do ognia, trzymając raz stronę jednego, raz drugiego. Mnie za to głowa latała w tę i z powrotem zupełnie jak na meczu tenisa. Takiej walki dwóch dorodnych samców nie ogląda się codziennie. Te roziskrzone gniewem oczy, zaciśnięte pięści, wykrzywione zmysłowe usta - coś niesamowitego. Mógłbym tak patrzyć na nich całymi godzinami i nie znudziłoby mi się. To wspaniałe przyjacielskie spotkanie przerwał nam donośny głos, naszego policjanta, sierżanta Kropelki.
- Pani Soniu, proszę do mnie podejść, mam coś ważnego do powiedzenia - wołał zza płotu.-Wczoraj rano dwóch turystów poszło do puszczy i do tej pory nie wrócili. Podobno mieli ze sobą sporo sprzętu. Wyruszamy na poszukiwania i dobrze by było, abyście nam w nich pomogli. Nikt nie zna lasu tak jak wy - facet wyraźnie podlizywał się ciotce.
- Dobrze, tylko się przygotuję. Ja i Adam pójdziemy z wami, a Luis, Artur i Samuel przeszukają okolicę Krasnej Góry - zakomenderowała Sonia - I pilnujcie chłopaka, bo jak coś się mu stanie, to się z wami policzę - pogroziła obu mężczyznom. Zabraliśmy jeszcze kurtki, latarki, telefony i byliśmy gotowi do drogi. Na dworze było już zupełnie ciemno. - Jaką mieliśmy szansę znalezienia tych ludzi, w tym naprawdę gęstym lesie?- Moim zdaniem żadną.
………………………………………………………………………………………………………………………….
Od kilku godzin łaziliśmy po puszczy i nie znaleźliśmy niczego ciekawego. Żadnych śladów zaginionych. Byłem wykończony, w przeciwieństwie do moich towarzyszy, którzy nadal tryskali energią. Całą drogę doprowadzali mnie do szału, traktując jak damę z arystokratycznego rodu, której trzeba pomagać na każdym kroku. Więc podawali mi rękę, jeśli grunt obniżał się choćby o pół metra, usiłowali podsadzać mnie na najmniejsze wzniesienia, a raz nawet próbowali przenieść mnie przez niewielką dziurę. Przestali, dopiero kiedy wczepiłem się w ich przydługawe kudły i porządnie wytargałem. W końcu poczułem się tak głodny i spragniony, że nie miałem najmniejszej ochoty iść dalej. W dodatku uczucie niepokoju i zagrożenia jakie miałem rano, zaczęło powracać ze zdwojoną siłą. Usiadłem na niewielkiej polance na jakimś pniaku i wyciągnąłem przed siebie bolące nogi.
- Koniec trasy panowie, ja wracam do domu- wystękałem zdyszany. - Poza tym nie podoba mi się tutaj. Czy zauważyliście jak zrobiło się dziwnie cicho?
- Faktycznie, coś jest nie w porządku - rozejrzał się zaniepokojony Artur, węsząc w powietrzu zupełnie jak pies - Odpocznij na chwilę i zmiatamy stąd.
- Luis, wstań już lepiej i chodźmy - odezwał się Samuel. Jego uważny wzrok błądził, po pogrążonej w nieprzeniknionych ciemnościach, ścianie lasu. Zaczęliśmy wsłuchiwać się z lękiem w otaczające nas odgłosy, ale oprócz cichego szelestu liści nic nie usłyszeliśmy.
- Witam miejscową elitę - rozległ się niespodziewanie za naszymi plecami czyjś nieznajomy głos. Był dziwny - zimny, nieludzki, wyprany z wszelkich emocji, spowodował, że wszystkie włosy na karku stanęły mi dęba. Towarzyszący mi mężczyźni obrócili się gwałtownie, zasłaniając mnie całkowicie swoimi ciałami, co nie było trudne, bo byłem od nich niższy co najmniej o pół głowy. - Coście tak zaniemówili? Urządzacie sobie piknik o północy, a może kogoś zgubiliście? - usłyszałem jak coś ciężkiego upadło na trawę z głuchym odgłosem. Poczułem metaliczny, skądś znany mi zapach. - Mój boże to krew! Czyżby ten obcy zabił tych poszukiwaczy przygód?  - ze strachu zrobiło mi się słabo. – Wygląda na to, że oni się chyba znają.
- Zabierzcie to ścierwo z mojej ziemi. Jak jeszcze raz, ktoś wlezie do mojego domu bez zaproszenia, to rozprawię się z resztą tego plątającego się po lesie tałatajstwa - dobiegły mnie groźne, powodujące drżenie całego mojego ciała, słowa - Co się tak wiercicie niespokojnie, jakby oblazły was mrówki? Co takiego ukrywacie za plecami?
- To tylko mój nieletni sąsiad, Panie. Nikt ważny. Pomagał nam w poszukiwaniach - odezwał się niepewnie Samuel.
- Pozwól, że sam to ocenię - Zobaczyłem jak moi towarzysze polecieli do tyłu, pchnięci jakąś ogromną siłą, usiłowali wstać, ale jakieś dziwne, kolczaste pnącze zatrzymało ich w miejscu. Krzyknąłem przerażony i spojrzałem na napastnika. Na temat jego sylwetki niewiele można było powiedzieć, bo skrywała ją długa do ziemi, obszerna, czarna peleryna z kapturem. Ale jego twarz, na pewno będzie nawiedzała mnie we wszystkich koszmarach. Miał dzikie, ostre rysy, śniadą skórę, wielkie, szkarłatne, okrutne oczy o pionowych jak u gada tęczówkach. Czerwone zmysłowe usta zaciśnięte w dumnym i bezlitosnym wyrazie. Długie, hebanowe włosy przerzucił sobie przez ramię. Lśniły jedwabiście w świetle księżyca. Przyglądał mi się zimno, jak jakiemuś egzotycznemu zwierzątku. Widziałem, że w wysokiej trawie obok niego leżały jakieś dwa podłużne kształty. To one wydzielały tę okropną woń, od której kręciło mi się w głowie. - To jakiś psychopata! Wygląda tak nieludzko, jak upiorna postać z jakiegoś horroru. Może mi się to wszystko śni? - nie mogłem zebrać myśli. Byłem zbyt przestraszony. Poczułem, jak jego uzbrojona, w ostre  szpony dłoń zaciska się na moim karku.
- Skąd wytrzasnęliście tego małego skrzata? Jasne włoski, niebieskie oczka, całkiem słodziutki. W sam raz na wieczorną przekąskę - przejechał mi zakrzywionym pazurem po szyi przecinając delikatną skórę. Wyciekło kilka kropel krwi. Nieznajomy schylił się i zlizał je szorstkim, rozwidlonym na końcu językiem.
- Nie rób mu krzywdy - usłyszałem jak przez mgłę okrzyk Samuela. Zaraz jednak umilkł, kiedy pnącza zacisnęły się mocniej wokół niego, boleśnie wbijając się w jego ciało. Stałem skamieniały ze strachu. Czułem chłodny oddech demona na swoim uchu, który o dziwo nie był niemiły jak się tego spodziewałem. Pachniał przyjemnie, jak morska bryza i jakieś zioła. To trochę mnie otrzeźwiło. Nie miałem nic do stracenia. Zacząłem szarpać się i wyrywać, a ten drań nawet nie drgnął. Wyszczerzył do mnie tylko białe kły w parodii uśmiechu, a we mnie wstąpił przysłowiowy diabeł. Jak mam zginąć to przynajmniej w walce Obróciłem głowę i z całej siły zacisnąłem na jego uchu swoje zęby, a kiedy poczułem smak krwi wbiłem je jeszcze głębiej. Miałem nadzieję, że urwę temu skurczybykowi ucho. Po chwili takiej zabawy, rozwarł mi palcami szczękę  i uwolnił się bez zbytniego wysiłku ze swojej strony. Chwycił mnie ponownie za kark, podniósł do góry i zaczął potrząsać jak kociakiem. Prychałem wywijając rękami i starając się go przynajmniej podrapać. Byłem tak zdesperowany, że zupełnie zapomniałem o strachu.
- Malutki rozgniewany chochlik - roześmiał się niespodziewanie - nie machaj tak łapkami, bo jutro będziesz miał zakwasy. - Jak ci na imię?
- Nie słyszałeś o ustawie o ochronie danych osobowych - wywarczałem bezczelnie - nie podaję swoich danych nieznajomym potworom!
- No no, ale paskudny charakterek. Gadaj jak się nazywasz, albo spiorę ci tyłek - spojrzał na mnie mrużąc srogo swoje gadzie ślepia.
- LLuis - wyjąkałem pośpiesznie.
- Avgar- usłyszałem niezmiernie zaskoczony. - Chyba się zaprzyjaźnimy - posłał mi przewrotny, iście szatański uśmieszek - Ktoś przecież musi cię wychować -obrócił głowę i spojrzał chłodno na moich towarzyszy, uwalniając ich z krępujących pęt. - A wy, co tak leżycie, zabierzcie stąd te truposze i ładnie gdzieś ukryjcie! Sierżantowi Kropelce powiecie, że niczego nie znaleźliście. I na przyszłość lepiej pilnujcie tu porządku. Podoba mi się ten świat. Chyba zostanę tu na dłużej!

..............................................................................................
Betowała kot_w_butach



Rozdział 5



Na końcu głównej ulicy stała duża, pomalowana na biało, bardzo zadbana willa. Ogrodzona była wysokim, żelaznym parkanem, porośniętym dzikim winem.  Oczywiście prowadząca do niej brama była zamknięta. Dostrzegłem mały, srebrny dzwonek, zawieszony tuż obok skrzynki na listy. 
- Na co czekasz, dzwoń - szturchnął mnie Samuel.
- Mogę ja, mogę ja - podskakiwał Zoli, nie mogąc dosięgnąć tak wysoko.
- Pewnie, że tak - podniosłem go do góry. Rozbawiony tym malec zaczął zbyt mocno ciągnąć za uchwyt. Rozległ się naprawdę przeraźliwy, wysoki dźwięk. Chwyciłem się za uszy.
- Kto tu mieszka i poco mu ten potworny alarm? Chce odstraszyć sąsiadów czy co?
- Myślę, że jedno i drugie. Pilnuje swojego terenu. Takie tam psie zwyczaje.
- Psie?!
-Tak mi się powiedziało - spojrzał na mnie z udawaną niewinnością Samuel. -Nazywa się Artur Futrzarski i jest wujem tych małych chuliganów.
- Dziwne nazwisko. Masz zamiar mu naskarżyć?
- Uwierz mi, pasuje do niego - Zobaczyłem jak do bramki podchodzi atletycznie zbudowany mężczyzna. Miał szerokie w ramiona, długie nogi i potężne, zwarte mięśnie, które mogliśmy podziwiać w całej okazałości, bo ubrany był tylko w sprane, obcisłe jeansy. Kędzierzawe, brązowe włosy związał niedbale rzemykiem z tyłu, opadały mu aż do pasa. Gapiłem się na niego wprost nieprzyzwoicie. Nieczęsto widzi się taki wspaniały okaz samca. Wyglądał jak barbarzyński wojownik z legend o wikingach. Wysoki, opalony na złocisty brąz, z dzikim spojrzeniem czekoladowych oczu spowodował, że  stałem tam oniemiały, wytrzeszczając na niego oczy.
- Hej, Luis zamknij usta i wytrzyj ślinę. Wiesz, że to niegrzecznie, tak się zachowywać? - złośliwie odezwał się Samuel, wybijając mnie z transu w jaki popadłem.
- Kto to taki? - facet wskazał na mnie.
-To bratanek Soni. Jak widać młody, głupi i bez gustu - zaczerwieniłem się okropnie, słysząc jego kpiącą uwagę. I już miałem się odgryźć, kiedy ten młody bóg chwycił mnie za rękę  i okręcił wokół własnej osi jak manekina. Potem ujął mnie pod brodę i spojrzał prosto w oczy.
- Śliczniutki. Zupełnie, jak jakiś leśny duszek.
- Zostaw go w spokoju - oburzony Samuel wyrwał mnie z jego rąk. - Zajmij się lepiej swoimi szczeniakami. Rozbijają się po mieście, udając miejscowy gang. Napadli na Luisa i mojego syna. Pilnuj swojego stada, bo sam się z nim rozprawię – mówił gniewnie mój sąsiad, patrząc groźnie na mężczyznę. W jego głosie pobrzmiewały naprawdę niebezpieczne nutki. - Sonia też nie będzie zadowolona. - Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu pierwszy ustąpił Futrzarski.
- Oni są z dużego miasta i rodzice trochę zaniedbali ich wychowanie. Nie rozumieją dobrze prawa. Gdzie się podziali ci mali szkodnicy?
- Twoim zadaniem jest go ich nauczyć inaczej ciągle będą ci sprawić kłopoty. Jeden z nich leży za sklepem zielarskim, a reszta się gdzieś ukryła.
- Pewnie boją się kary. Wytłumacz mnie przed Sonią, bo nie chcę mieć w niej wroga. Do zobaczenia maleństwo - musnął delikatnie moje usta swoimi palcami.
- Łapy przy sobie – warknął niespodziewanie Samuel.
- A co, masz na niego wyłączność? Nie bądź śmieszny nietoperzu, taki słodziutki dzieciaczek, nie będzie chciał mieć z tobą nic do czynienia - zadrwił z niego mężczyzna.
- Myślisz, że wolałby takiego pchlarza jak ty? - Samuel chwycił mnie za ramię i pociągną w stroną bramki. Zanim zdołałem cokolwiek wykrztusić, byliśmy już w drodze do domu, a Ostrowski nie bacząc na mój opór, ciągnął mnie jak worek kartofli. Za nami biegł przebierając szybko małymi nóżkami Zoli. Zdyszani, dotarliśmy na ulicę, na której mieszkałem. Wreszcie udało mi się schwycić ogrodzenia i spowodować, że mężczyzna się zatrzymał.
- Czy tobie się coś nie pomyliło?! - zacząłem na niego z miejsca wrzeszczeć. - Co to było za przedstawienie u tego jak mu tam, Artura? Czy ja wyglądam na gumową piłkę, którą można sobie podawać z rąk do rąk? Obaj zachowaliście się jak jaskiniowcy walczący o kość! Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj ty dzikusie! - rozwścieczony odwróciłem się i prychając ze złości pobiegłem do domu zatrzaskując za sobą  z hukiem drzwi.
 - Ceś Luis - dobiegł mnie jeszcze cieniutki głosik Zoli.
- Kochanie co się stało? - popatrzyła na mnie zdziwiona moim zachowaniem Sonia.
- Nic, tam na podwórku stoi nasz durnowaty sąsiad i chce z tobą porozmawiać. Nie mam pojęcia, jak dogadasz się z kimś na takim poziomie, a może powinnaś wziąć kredki i blok rysunkowy. Taki prymityw jak on, powinien znać pismo obrazkowe - wyrzuciłem z siebie, posyłając jadowite spojrzenie niczemu niewinnej ciotce, która stała z kompletnie nierozumiejącym wyrazem twarzy patrząc na mnie bezradnie. Nie tłumacząc niczego pobiegłem schodami na poddasze i rzuciłem się z impetem na łóżko.  Wtuliłem twarz w poduszkę gryząc ją z bezsilnej złości i wyobrażając sobie, że właśnie rozrywam tętnicę Samuela. Krew tryska po ścianach, a on umiera w strasznych mękach. Wrzucam jego ciało do jeziora, a tam ryby obgryzają do kości jego rozmokłe szczątki. Uf…uff... Poczułem się jak samowar, który upuścił właśnie trochę pary. Ale całkiem mi nie przeszło. Nie ma mowy.
…………………………………………………………………………………………
Obudziłem się, kiedy za oknem było już ciemno i zaburczało mi w brzuchu. Byłem strasznie głodny. Przez tą całą awanturę, zupełnie zapomniałem o obiedzie. Może Sonia ukuchciła coś pysznego. Wziąłem szybki prysznic wrzucając potargane, brudne ciuszki do pralki. Założyłem stare, zbyt wąskie spodnie i nieco przykrótki podkoszulek, spod którego wystawał mi brzuch. Taki mój domowy strój do spania. Zszedłem po schodach na dół, węsząc z ciekawości, co tam może być w stojących na piecu garach. Sonia siedziała przy stole lukrując czekoladowe pierniczki. Pachniało jak w raju. Mój ściśnięty żołądek zaprotestował głośno. Ciotka się roześmiała, słysząc  te piski i podsunęła mi talerz z gorącą zapiekanką.
- Najpierw sobie pojedz, potem porozmawiamy.
- Mogę jeść i mówić jednocześnie - wyburczałem miedzy jednym kęsem, a drugim, rzucając Soni niechętne spojrzenie.
- No, no. Widzę, że humorek nadal dopisuje. Tylko nie wiem czy to moja wina, czy któryś z nowych znajomych nadepnął ci na odcisk?
- Wszyscy macie w tym swój udział. To miasteczko pełne jest dziwaków ze średniowiecznymi przesądami i poglądami - jeszcze bardziej się nadąłem.
- Widzę, że miejscowi przystojniacy naprawdę ci dopiekli. Trzymaj ty się lepiej od nich z daleka. Za miesiąc zaczynasz studia. Tam znajdziesz przyjaciół w swoim wieku.
- Nikogo nie potrzebuję. Dotąd, doskonale radziłem sobie sam.
- Akurat! Gadasz głupstwa. Problem w tym, że ciebie ciągnie do tych najbardziej niebezpiecznych. Wiem, że zarówno Artur jak i Sam, to bardzo atrakcyjni mężczyźni, ale sam widziałeś, że nie nadają się na twoich znajomych.
- Więcej się z nimi nie spotkam. Zwłaszcza z Ostrowskim, to wyjątkowy dupek. Ty mi lepiej powiedz droga cioteczko, co ty wczoraj odprawiałaś za dziwne historie o północy? Kim były te zakapturzone postacie i dokąd prowadzi ten korytarz za kominkiem?
- Ohoho ! Tyle pytań naraz? Mogłam się domyślić, że taki ciekawski dzieciak jak ty, wszędzie musi wsadzić swój zadarty nosek. No to po kolei. Te kobiety to moje przyjaciółki i zielarki tak jak ja. Spotykamy się w nocy, bo mamy swoje tajemnice. Zresztą chodź, pokażę ci. Tylko buzia na kłódkę i nikomu ani słowa - Sonia pociągnęła mnie w stronę kominka i otworzyła ukryte przejście. Zapaliła zabraną z komody latarkę i ruszyła w głąb korytarza. Po kilkunastu metrach doszliśmy do masywnych, dębowych drzwi, całych pokrytych nieznanymi mi znakami. Nie miały żadnego zamka. Wyszeptała tylko kilka słów, a tajemnicza komnata stanęła przed nami otworem. Pokój był ogromny. Pod ścianami stały rzędy półek i szaf wypełnionych po brzegi ziołami i minerałami, jakie pierwszy raz widziałem na oczy. Wszystko poukładane, usystematyzowane, według nieznanego mi klucza. Pośrodku stały stoły laboratoryjne, całe zastawione jakimiś rurkami, menzurkami i innym sprzętem, o nieznanym mi przeznaczeniu. Wszystko razem wyglądało, jak połączenie nowoczesnego chemicznego laboratorium z pracownią alchemika.
- Bajer - westchnąłem zachwycony - parzycie tu ziółka, pędzicie bimber, czy robicie dragi? - zapytałem złośliwie ciotki.
- Można powiedzieć, że wszystko naraz. Robimy to, co aktualnie jest nam potrzebne. A dlaczego w tajemnicy? Wiesz jacy są ludzie, lepiej jak wiedzą jak najmniej. Jesteś zadowolony?
- Może być, ale czemu mam dziwne wrażenie, że to dopiero sam wierzchołek góry lodowej?
- Bo za dużo telewizji oglądasz. Te wszystkie filmy o czarownicach, wilkołakach i ostatnio modnych wampirach, mieszają ludziom w głowach. Ty mi lepiej powiedz jak tam ci idzie integracja z naturą?
- Całkiem nieźle. Umiem już gadać z drzewami, krzakami, jeszcze tylko miejscowa fauna i będzie komplet.
- Z tutejszymi  zwierzątkami,  to ty się lepiej nie zbliżaj za bardzo. Te  lasy są bardziej dzikie niż na to wyglądają.
- Dlaczego mi się wydaje, że gadamy o dwóch różnych sprawach?
- Masz zbyt bujną wyobraźnię chłopcze. Wracajmy już z powrotem - zbyła mnie Sonia. Wróciłem grzecznie do pokoju i usiłowałem zająć się czymś pożytecznym, ale nic mi z tego nie wychodziło. Cały czas krążyły mi w głowie słowa ciotki.- Co miała na myśli, mówiąc o leśnych zwierzętach? Przecież, to nie amazońska dżungla. Co tu może być groźniejszego od lisów, dzików, ewentualnie wilków? -Włączyłem komputer i zacząłem szukać czegoś ciekawego w Internecie, nic jednak nie znalazłem, poza stekiem bzdur i wymysłów miasteczkowego brukowca znanego jako ,,Głos Posoki’’. Podobno na terenie dzisiejszej posiadłości Ostrowskich, ginęli kiedyś często w niewyjaśnionych okolicznościach ludzie. Znajdowano potem ich rozszarpane, pozbawione krwi ciała i z tego powodu to miejsce, nazwano Krasną Górą. Ale to było dawno, jeszcze w czasach międzywojennych. Od tamtej pory panuje tutaj spokój, można by rzec nuda. Trzeba będzie jutro udać się do redakcji tego plotkawego szmatławca. Zawsze lepszy rydz niż nic.
…………………………………………………………………………………………………………………….
Rankiem od razu po śniadaniu, podążyłem do redakcji gazety. Mieściła się w dwu niewielkich pokojach, w miejscowym domu kultury. Zastałem jednego z trzech właścicieli. Starszy mężczyzna, z niewielką siwą bródką siedział przy laptopie i coś pisał z zapałem. Na mój widok wyciągnął rękę z uśmiechem.
- O, chłopak Soni. Co cię do mnie przywiodło?
- Ma pan coś o Krasnej Górze? Szukałem, ale znalazłem tylko jakieś legendy.
- Powinieneś zapytać swojej ciotki!
- Niestety nie jest zbyt rozmowna. Może mi pan pomóc?
- Pewnie, że tak, ale nie za darmo. Nie chcę pieniędzy, tylko informacji. Wyglądasz na sprytnego dzieciaka. Jeśli znajdziesz coś , ponadto co ja ci opowiem to zdasz mi relację mi o tym. Zgoda?
- W porządku - zgodziłem się natychmiast. Mężczyzna wyciągnął z szuflady jakiś album ze zdjęciami.
- Spójrz Luis, tutaj są fotografie garnizonu niemieckiego, który wprowadził się do willi Ostrowskich podczas wojny. Zastali opustoszały, wygodny dom, więc go zajęli na kwatery dla swoich żołnierzy. To byli sami młodzi chłopcy, tacy jak ty. Kiedy ludzie z miasteczka ostrzegali ich przed niebezpieczeństwem, tylko się śmiali i stukali po głowach. Przebywali tutaj bardzo krótko, bo pewnego dnia sklepikarz, który rano dostarczał im pieczywo nie zastał w domu nikogo. Zajrzał wystraszony do środka, ale nie miał odwagi pójść dalej. Poszedł po kilku uzbrojonych znajomych. Kiedy wrócili, znaleźli tylko nienaruszoną broń, ubrania, prowiant. Nigdzie żadnych śladów walki. Wszyscy żołnierze jakby wyparowali. Zrobili więc kilka zdjęć i posłali po niemiecką żandarmerię, bojąc się odwetu. Tamci jednak pokręcili się tylko po domu, ale nie znaleźli żadnych śladów i wyjechali jeszcze przed zmrokiem. Bardzo się przy tym śpieszyli, jakby czegoś się bali.
- Znowu tylko same domysły, żadnych faktów. Pewnie chłopaki po prostu zdezerterowały i tyle.
- Zostawiając prowiant na drogę? Wątpię. Ale jeśli znajdziesz legendarne wejście do lochów pod willą, to daj mi znać. Pójdę razem z tobą i zrobimy zdjęcie śpiącemu tam podobno Nienazwanemu. Będziesz miał swój dowód rzeczowy i pomachasz nim ciotce przed nosem - roześmiał się z mojej lekko przestraszonej miny redaktor. - Nie mów, że we wszystko uwierzyłeś. Sam przecież twierdziłeś, że to brednie.

........................................................................................
Betowała kot_w_butach



Rozdział 4



Następnego dnia bladym świtem Sonia wygoniła mnie z łóżka. Wcisnęła we mnie śniadanko, zapakowała do jakiegoś przedpotopowego dżipa i ruszyliśmy do Krakowa. Z ogromną ciekawością rozglądałem się dookoła. Polska bardzo się zmieniła. Miałem niewiele wspomnień z dzieciństwa, ale nawet ja zauważyłem jak wypiękniała. Wszędzie eleganckie domy, sklepy i ulice, a na rynku odnowione zabytkowe kamienice i kościoły, zadbane parki i skwery. Może to tylko w centrum miasta, ale zawsze to wspaniała wizytówka dla tak licznych tutaj zagranicznych turystów. Ze wszystkich stron otaczał mnie wielojęzyczny tłum, zupełnie jak w Londynie. Okazało się, że oboje z ciotką nie lubimy dużych zgromadzeń ludzkich, wielkomiejskiego hałasu i smrodu. Szybko więc zrobiliśmy potrzebne zakupy i już po czternastej byliśmy z powrotem w domu. Wspólnie przyrządziliśmy spóźniony obiad. Cały czas zastanawiałem się, jak zacząć rozmowę. Wydarzenia z poprzedniego dnia, mocno zakręciły moją dotychczasową wiedzą o świecie. Tak naprawdę, to nie miałem pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Z natury byłem bardzo praktyczną osobą, nieskłonną do przyjmowania rzeczy na wiarę, ale tego co mnie wczoraj spotkało, nie można było wytłumaczyć na żaden ze znanych mi sposobów. Czekałem więc na okazję, aby poruszyć interesujący mnie temat. Tymczasem Sonia połknęła w przyspieszonym tempie swój posiłek i zanim się zorientowałem już była za drzwiami.
- Baw się dobrze Luis i trzymaj się z daleka od sąsiadów. Muszę lecieć i zająć się sklepem. Wiem, że chcesz mnie o coś zapytać i porozmawiamy o tym wieczorem - tyle ją widziałem. Co było robić, pokręciłem się trochę po domu, ale nie znalazłem sobie żadnego ciekawego zajęcia. Próbowałem otworzyć ruszt, tak jak wczoraj ciotka, ale oczywiście mi się nie udało. Prawdopodobnie, trzeba było je nacisnąć w określonej kolejności. Z pewnością to był jakiś  kod, a ja jestem marnym detektywem. Poszedłem więc do ogrodu z puchatym kocykiem, który znalazłem w salonie i położyłem się pod wielkim, rozłożystym dębem. Drzewo było ogromne. Nigdy takiego nie widziałem. Wyglądało, jak prawdziwy władca całej okolicy - dumne, dostojne i piękne. Musiało być bardzo stare. Przez gęste, zielone liście przeświecało leniwie słoneczko. Zrobiło mi się przyjemnie i cieplutko. Ogarnął mnie niesamowity spokój. Poczułem się tak bezpieczny i kochany, jak nigdy wcześniej. Zamknąłem oczy i po chwili spałem już w najlepsze. Obudziłem się niezwykle  wypoczęty i zrelaksowany. -  Ale zaraz, zaraz! Coś tu się nie zgadzało? Gdzie ja do cholery właściwie jestem? -Otworzyłem oczy i rozejrzałem się zaskoczony. Owszem, siedziałem na kocyku, ale nie na ziemi, tylko na drzewie, pod którym wcześniej się rozłożyłem. Potężne konary utworzyły coś na kształt kołyski. - Czyżbym zaczął lunatykować i uwiłem sobie na wzór ptaków wygodne gniazdko ? Niemożliwe, zawsze trochę bałem się wysokości!  Jak ja teraz zejdę na ziemię, to przecież będzie kilka metrów?!  - zacząłem lekko panikować.
- Ale śmieszne z ciebie stworzenie - usłyszałem w mojej głowie czyjś rozbawiony głos - przestań się trząść. Ci twoi krewni kompletnie namieszali ci łepetynie, ale to się zmieni. Dopilnujemy tego. Należysz do nas, tak jak my do ciebie. Nie bój się, złaź, pomogę ci - i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, gałęzie drzewa obniżyły się, tworząc wygodną ścieżkę w dół. - Dowidzenia malutki. Masz tu wielu przyjaciół. Musisz nauczyć się żyć od nowa, a my wszystko ci pokażemy.
- Kim jesteś? Dlaczego słyszę twoje myśli? - zawołałem przestraszony nie na żarty. – Boże, ja schizuję, zmiana klimatu mi zaszkodziła. Może powinienem wrócić do Londynu.
- Jesteś normalny. Niewielu z nas potrafi rozmawiać z ludźmi. Ja jestem bardzo wiekowy i zdążyłem poznać wasz język. Inni  będą zwracać się do ciebie obrazami.
- Gdzie jesteś? - zapytałem nieco drżącym głosem.
- Stoję obok ciebie, głuptasku - zachichotał znowu. - Obejrzyj się -poczułem jak coś miękkiego głaszcze mnie po plecach. Odwróciłem się gwałtownie i stanąłem w oko z liśćmi, wyrastającymi z niewielkiej gałązki dębu.
- Matko kochana, ale mnie przestraszyłeś - chwyciłem się, za próbujące wyskoczyć mi z piersi serce. Złapałem za konar, delikatnie zacząłem go dotykać i gładzić. - To naprawdę ty?
- Ale z ciebie niedowiarek! Jakich jeszcze potrzebujesz dowodów?
- Wiesz, kiedyś jako dziecko wydawało mi się, że rozmawiam z drzewami, kwiatami i ptakami. Zacząłem o tym opowiadać rodzicom. Byli przerażeni i zaprowadzili mnie do psychiatry. On stwierdził, że to tylko moja wyobraźnia. Stwarzam sobie przyjaciół, bo brakuje mi towarzystwa rówieśników itp… Wysnuł całą teorię, nafaszerował mnie lekami i skasował ojca na grubą sumkę.
-Eh, ci wasi lekarze. Tak niewiele umieją.
- Wiesz, myślę, że pójdę do Soni. Nie będę czekał do wieczora. O tej porze w sklepie nie ma dużego ruchu. Do zobaczenia - pomachałem mu na pożegnanie i pobiegłem do miasteczka. Muszę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi. Mówiące drzewa, tajemnicze nocne schadzki, eksplodujące szyszki, to trochę za dużo na jednego, biednego studenta. Niestety, gdy dotarłem na miejsce okazało się, że sklep jest zamknięty. Postanowiłem spróbować od zaplecza. Okrążyłem budynek, zaszedłem od tyłu i to był mój błąd. Na starych skrzynkach, pod murem siedział miejscowy element i z lubością zaciągał się gęstym białym dymem. Palili fajkę wodną, a w powietrzu zamiast tytoniu, czuć było słodką woń narkotyków. Trzech niemożliwie kudłatych  dryblasów, obrzuciło mnie bardzo niezadowolonymi spojrzeniami. Natychmiast wstali i otoczyli mnie ze wszystkich stron. Nie miałem najmniejszej nawet szansy na ucieczkę. Wysoki, mocno umięśniony paker podszedł do mnie i pchnął na ścianę.
- Co my tutaj mamy? Mały, zagubiony czciciel zielonego. Nie powinieneś tutaj przychodzić, bo to miasto należy do nas. Myślę, że udzielimy ci niewielkiej lekcji miejscowych zwyczajów - i nie wdając się w dalsze dyskusje, uderzył mnie pięścią twarz. Siła ciosu była tak duża, że walnąłem głową o mur, aż mnie zamroczyło. Dwaj pozostali stali obok, chichocząc głupkowato. Widać było, że narkotyk na nich podziałał mocniej. - Cholera, ten facet mnie zmasakruje! Dopiero się wylizałem po ostatnich przejściach. -  Widziałem jak bierze zamach nogą, aby wymierzyć mi solidnego kopniaka. Nagle, zza muru coś wyskoczyło tak szybko, że zobaczyłem tylko zarys niewielkiej sylwetki. Uwiesiło się na nodze chłopaka, nie pozwalając mu zadać ciosu. - Boże,  to Zoli. Skąd on się tu wziął? - Dzieciak wczepił się jak małpka w spodnie dryblasa, ani myślał puścić, a warczał przy tym groźnie jak prawdziwy drapieżnik. Rzuciłem się mu na pomoc, ale zostałem zatrzymany, przez dwóch, przyglądających się do tej pory biernie, kolesi.
- Pieprzony gówniarz, chyba też prosi się o lanie - mięśniak w końcu złapał malca za kark, oderwał od swojej nogi i zaczął nim potrząsać jak kukiełką.
- Zostaw go, to jeszcze dziecko - zawołałem przestraszony, że może go skrzywdzić.
- I co z tego, powinien od małego uczyć się moresu - grubiańsko roześmiał się wielkolud, brutalnie ciągnąc chłopca za włosy. Nie zauważył, że z tyłu za nim , skrada się jakaś ciemna sylwetka. Nie zdążył zrobić nic więcej, bo czyjaś silna ręka już ściskała go za szyję. Z charkotem wypuścił malca, który podbiegł do mnie i natychmiast się przytulił.
- Puśćcie go i zmiatajcie stąd - rozległ się zimny, władczy głos mojego sąsiada i ku mojemu zdumieniu, osiłki bez ociągania posłuchały jego rozkazu. Już po chwili nie było po nich nawet śladu. – A z tobą pogadam sobie inaczej - przycisnął dryblasa do muru, trzymając go za gardło. Musiał mieć sporo siły, bo ten mocno zbudowany chłopak ani drgnął. Wpatrywał się w nieznajomego mu mężczyznę, coraz bardziej przerażonym wzrokiem. - Nie znasz mnie, więc cię uświadomię, aby nie było więcej nieporozumień. Ty i twoi bracia przyjechaliście tu na wakacje i niech tak zostanie. Zachowujcie się grzecznie, bo następnego ostrzeżenia nie będzie. Nie próbujcie tu grać miejscowych bossów, bo na to jesteście za słabi. I jeszcze coś na pamiątkę - widziałem co robi i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Mężczyzna wyciągnął dłoń w kierunku chuligana. Wysunął długie, ostre jak diament, podobne do kocich pazury i jednym z nich zaczął na ramieniu łobuza kreślić zawiły wzór. Krew płynęła obficie, ale trzeba przyznać, że drań ani pisnął. Robił się tylko coraz bledszy, aż osunął się zemdlony na ziemię.
- No proszę, niby taki odważny, a mdleje na widok paru kropel. Ach ta dzisiejsza młodzież, same nieudaczniki i słabeusze - stwierdził, złośliwie patrząc w moją stronę.
- Jeśli to było do mnie, to wypraszam sobie. Może nie jestem najodważniejszy, ale przynajmniej nie mam w sobie nic z psychopaty - wskazałam na leżącego chłopaka i niewielką czerwoną kałużę obok niego.
- Wolałbyś, abym puścił mu to płazem, by mógł znęcać się nad innymi dzieciakami? Potrzebował małej nauczki, a do takich typów przemawia tylko przemoc - powiedział, spoglądając na mnie z politowaniem. - Chodź do mnie Zoli - wyciągnął rękę do dziecka. Tymczasem ten mały smyk, zamiast pobiec do niego schował się za mną.
- Widzisz, teraz nawet twój syn się ciebie boi.
- Nie próbuj tu snuć jakiś  dziwnych teorii. Ten mały łobuziak ma sporo na sumieniu. Znowu uciekł dzisiaj z domu i włóczył się sam po lesie. Tym razem zostanie surowo ukarany.
- Nie dotykaj go, nie będziesz znęcał się nad maluszkiem - zasłoniłem sobą Zoliego.
- Nie bądź głupi, przecież nie będę go bił.
- No nie wiem, nie wyglądasz mi na siewcę pokoju na świecie - pokręciłem odmownie głową i cofnąłem się do tyłu, ciągnąc za sobą malucha.
- Ty także powinieneś ze mną iść. Powinniśmy załatwić tą sprawę do końca.
- Nigdzie z tobą nie pójdę - powtarzałem, patrząc na niego z oślim uporem. Widziałem, że robi się coraz bardziej niezadowolony. Próbował jeszcze ze mną chwilę negocjować, aż zupełnie stracił cierpliwość. Podszedł do mnie, mocno złapał w tali, przerzucił sobie przez ramię i z szerokim uśmiechem na twarzy ruszył w nieznanym mi kierunku.
- Puść mnie, ty potomku mamuta! - darłem się oburzony, starając wyrwać się z jego ramion. Za nami dreptał bardzo zadowolony Zoli. Nie tylko przestano zwracać na niego uwagę, ale cała sytuacja bardzo go bawiła. Szedł poskakując wesoło i nucąc coś sobie do rytmu pod nosem. Jego ojcu też wyraźnie poprawił się humor.
- Bądź cicho, jeśli nie chcesz dać przedstawienia dla całego miasteczka. Powiedz, że pójdziesz spokojnie, to cię puszczę. Poza tym mam ciekawy widok. Masz naprawdę niezły tyłek, a jak tak nim wiercisz, to wygląda jeszcze lepiej. Spodnie właśnie zaczynają ci się zsuwać i widzę już zarysy całkiem fajnych pośladków - śmiał się ze mnie w najlepsze.
- Pójdę, gdzie chcesz, tylko mnie już puść - jęknąłem zrezygnowany. Zostałem zaraz postawiony na chodniku. Spuściłem głowę, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Czułem, jak pieką mnie zaczerwienione policzki. - Na co czekamy - rzuciłem.
- Przypomniało mi się, że jeszcze się nie przedstawiłem. Jestem Samuel Ostrowski - wyciągnął do mnie smukłą, białą dłoń. Ująłem ją z wahaniem i delikatnie uścisnąłem.
- Boisz się, że wyciągnę na ciebie pazurki? - zapytał wyraźnie rozbawiony moją reakcją.
- Nie rozumiem, co cię tak śmieszy. Widziałem do czego jesteś zdolny.
- Och Luis, jaki ty słodki jesteś z tą przestraszoną minką. Masz najśliczniejsze błękitne oczęta, jakie w życiu widziałem. Głuptasek z ciebie. Nigdy nie używam siły wobec dobrych znajomych. No, chyba, że w innym celu - drań wyraźnie sobie ze mnie pokpiwał.
- No nie wiem. Może ci czasem przyjść do głowy, zrobić mi jakiś gustowny tatuażyk czy coś?
- Dziecino, ale ty masz dziwne pomysły! Używam szponów do bardziej przyziemnych celów. Wyobraź sobie, jakie wrażenie robią, kiedy lekko przeciągam nimi po nagiej skórze? - powiedział patrząc mi prosto w oczy i oblizując karminowe usta.
- Lepiej już chodźmy, ciotka pewnie się niepokoi - odezwałem się, tchórzliwie zmieniając temat. Ruszyłem szybko przodem, nie oglądając się do tyłu, bo zrobiło mi się jakoś strasznie gorąco. Drżące dłonie włożyłem do kieszeni, aby tego nie zauważył. Słyszałem kroki dwóch podążających za mną osób. - W co ja się wpakowałem? A Sonia ostrzegała mnie, żeby się z nimi  nie zadawać. Mądra z niej kobieta. On jest niebezpieczny. Wystarczyło tylko kilka jego niemądrych słów i ja już miałem ochotę na coś więcej. Muszę się trzymać od tego faceta z daleka.

...................................................................................
Betowała kot_w_butach



Rozdział 3





Późnym popołudniem wybrałem się do moich sąsiadów oddać kolczyk. Drogę odnalazłem bez trudu, ale  po przybyciu na miejsce okazało się, że brama jest nadal na głucho zamknięta. Dzwoniłem wielokrotnie, ale oczywiście nikt mi nie otworzył. Nie ma to jak staropolska gościnność. Sąsiedzi wyraźnie nie chcieli mieć ze mną nic do czynienia. W którymś momencie wydawało mi się, że w jednym z okien poruszyła się firanka, zresztą mogło być to tylko złudzenie. Postanowiłem poradzić sobie inaczej. Na murze wisiała czerwona skrzynka na listy. Wyciągnąłem notes z kieszeni, skreśliłem na kartce kilka słów, zrobiłem z niej prowizoryczną kopertę i włożyłem kolczyk do środka. Tak przygotowany pakunek wsunąłem do pojemnika na pocztę. No i po kłopocie. Jak nie chcą ze mną gadać, to bez  łaski. Wracałem powoli do domu. Słoneczko świeciło, brzęczały owady, las wydawał się przyjaznym miejscem. Usiadłem więc pod dębem, w pobliżu ścieżki i leniwie przymknąłem oczy. Nie miałem się do czego spieszyć. Trwały jeszcze wakacje, a kolacja będzie dopiero o ósmej, więc mogę tu sobie trochę poleżeć w trawie. Drzewo pod którym siedziałem, dawało mi jakieś niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. W którymś momencie musiałem zasnąć. Z miłej drzemki obudziły mnie łaskotki. Ktoś lub coś dotykało mojej twarzy, delikatnie mnie miziając.
- Cholera, robal! - trochę brzydziłem się tych małych stworzonek. Zacząłem gwałtownie potrząsać głową, kiedy usłyszałem czyjś cichy śmiech. Podniosłem wzrok. Parę kroków dalej, na ścieżce, stał mój nieznośny sąsiad i rzucał do mnie małymi szyszkami.
- Nie powinieneś tu spać, dzieciaku! Już zapada zmrok, a po ciemku jest tu niebezpiecznie. Czyżby twoja ciotka wiedźma, zaniedbywała swoje obowiązki? - uśmiechnął się do mnie złośliwie.
- To nieładnie tak przezywać sąsiadów. Facet w pana wieku powinien to wiedzieć. Odczep się od Soni - przeszedłem z nim natychmiast na ty - Pomyśl lepiej co za przykład dajesz Zoli. Chowasz dzieciaka na takim odludziu i nie pozwalasz mu nawet spotykać się z rówieśnikami. Co z ciebie za ojciec? -pokazałem mu język.
- Ty się lepiej zajmij swoją rodziną. Ciekawe, gdzie dzisiaj na sabat poleci twoja domowa czarownica? Podobno odbywają się tam niezłe orgie. Powinieneś ją poprosić, żeby cię zabrała. Możesz się tam dużo nauczyć, w twoim wieku to ważne - rzucił prychając pogardliwie i mrużąc, te swoje piękne, chmurne oczy.
- Stary, czy ty się na pewno dobrze czujesz? Skąd u ciebie takie dziwne pomysły? Może już czas psychiatrę odwiedzić?- zapytałem z fałszywą troską w głosie.
- Coś takiego? A więc ty nic nie wiesz? No prawda, jesteś tu od niedawna. Uwierz mi chłopcze, twoja rodzina jest równie pokręcona niż moja, a może nawet bardziej- zachichotał – A więc mam do czynienia z niczego nie świadomym głuptaskiem? To słodkie. Będę się dobrze bawił obserwując twoje wyczyny.
- Zamknij się wreszcie i wracaj do tego swojego zamku strachów - zdenerwowałem się, podniosłem sporą szyszkę z ziemi i rzuciłem do niego celując prosto w zadarty nos. Jak draniowi uszkodzę tą śliczną mordkę ,to może wreszcie zniży się do poziomu maluczkich i nabierze nieco ogłady towarzyskiej.
-Oż ty mały diable - mężczyzna chciał się mi zrewanżować i odrzucić z powrotem pocisk, który zwinnie złapał w powietrzu. Miał niezły refleks, nie powiem. I wtedy stało się coś dziwnego. Lecąca w moją stronę szyszka, gdzieś z trzydzieści centymetrów od mojej twarzy, rozbłysła nagle i spłonęła z cichym trzaskiem. Tymczasem facet poleciał do tyłu i klapną na pupę jakby go coś ode mnie odrzuciło. Widziałem jak w cieniu drzew, jego oczy zamigotały nagle czerwienią, a może tak tylko mi się wydawało.  Mogły to być również refleksy od promieni zachodzącego słońca. Przynajmniej tak wtedy myślałem.
- Co to u licha było? - zapytał zaskoczony -Ty jesteś chyba lepiej chroniony niż sądziłem - popatrzył na mnie podejrzliwie.
- Nie mam pojęcia. Pierwszy raz to mi się zdarza i wiesz co, chyba już naprawdę powinienem wrócić do domu. Nie chce mi się z tobą dłużej gadać – nagle poczułem się jakoś niezręcznie w jego obecności. Zrobiło się jakby chłodniej, a po krzyżu zaczął mi pełzać nieprzyjemny, zimny dreszczyk. Sąsiad, który do tej pory wydawał mi się zwykłym facetem, teraz jakby się nieco zmienił. Rysy mu się wyostrzyły, oczy lśniły jak u dzikiego zwierzęcia, a sylwetka rozrosła się i wydłużyła. Włosy zjeżyły mi się na karku, choć nie miałem do tego żadnego konkretnego powodu. Coś obcego wewnątrz mnie, kazało mi się wycofać. Odwróciłem się i nie żegnając się z sąsiadem, popędziłem stromą ścieżką do domu. Nie obejrzałem się ani razu. Wpadłem jak burza do kuchni, z rozwianymi włosami i wystraszonym wyrazem twarzy, musiałem przedstawiać osobliwy widok.
- Ciociu, jest już kolacja? - wydyszałem.
- Luis, idź chociaż umyć ręce. Całe spodnie masz zielone od trawy - Sonia przyglądała mi się z uwagą, ale o nic nie zapytała. Poszedłem do łazienki, żeby doprowadzić się do porządku. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie znam nawet imienia mojego sąsiada. Ten drań nie raczył mi się nawet przedstawić. Wróciłem do kuchni i rozsiadłem się za stołem. Cioteczka podsunęła mi pod nos pachnącą jajecznicę na boczku i pajdę razowego chleba. Smakowała jakoś inaczej. Wyczułem w niej jakieś nieznane mi przyprawy. Z wilczym apetytem rzuciłem się na kolację. Nie ma to, jak świeże powietrze połączone z odrobiną emocji. Trzeba przyznać, że mężczyzna skutecznie zamieszał mi w głowie. Kiedy tak patrzyłem na moją ciotkę, cały czas powracały do mnie jego słowa.
- Spotkałem dzisiaj naszego sąsiada, który stwierdził, że jesteś wiedźmą - wypaliłem bezmyślnie.
- Co takiego? - Sonia zmieszała się na chwilę - Mówiłam ci, żebyś się z nimi nie zadawał. Cała ta rodzinka to dziwacy. Wiesz, jak to jest na prowincji. Ludzie nie mają tu wielu rozrywek, więc plotkują jak najęci. Wystarczy, że ktoś tak jak ja prowadzi sklep zielarski, to już od razu na pewno musi być jakimś szamanem. Przecież bardziej ekscytująco brzmi idę do wiedźmy po zioła, niż idę do sklepu po rumianek. Ty lepiej jedz i idź dzisiaj wcześniej spać. Jutro wczesnym rankiem jedziemy do Krakowa na zakupy. Sporządź listę potrzebnych ci rzeczy.
Zrobiłem jak powiedziała. Spisałem wszystko, czego nie mogłem dostać w miejscowych sklepikach. Dobrze, że się za to zabrałem od razu, bo potem nie miałbym już na to siły. Byłem dzisiaj jakoś wyjątkowo zmęczony i już o dziesiątej oczy zaczęły mi się same zamykać. Położyłem się więc do łóżka i zasnąłem natychmiast kamiennym snem. Około północy na chwilę się przebudziłem. Z salonu dobiegły mnie jakieś obce głosy. Zaciekawiony zwlokłem się z łóżka i skradając po cichu, na bosaka zszedłem po schodach. Ukryty za framugą drzwi, zerknąłem ostrożnie do środka. Przed kominkiem stały trzy nieznajome kobiety i Sonia, wszystkie ubrane w obszerne, czarne peleryny. Cioteczka nacisnęła kilka elementów roślinnych, ozdabiających ruszt i kominek odsunął się, odsłaniając pogrążony w nieprzeniknionym mroku tajemniczy korytarz. Powoli, jedna za drugą, wkroczyły w ciemny tunel, a ściana zamknęła się za nimi z głuchym odgłosem. Stałem w przedpokoju ogromnie zaskoczony, tym co zobaczyłem.   - Czyżby w słowach mojego sąsiada było jednak trochę prawdy? Dokąd prowadzi ta mroczna droga? - Spojrzałem na kalendarz. - Dzisiaj jest pełnia księżyca. O mój boże ,wilkołaki, sabat i te sprawy! - Poszukałem wzrokiem miotły. - Jest, stoi tak jak zawsze w kącie. A może nowoczesne czarownice mają teraz inne środki lokomocji na Łysą Górę? - Moja rozbudzona wyobraźnia, zaczęła mi podsuwać coraz bardziej fantastyczne obrazy. Wróciłem do łóżka, ale za żadne skarby nie mogłem zasnąć. W końcu złapałem wylegującego się na parapecie okiennym kota, przytuliłem do jego miękkiego futerka i w końcu nieco się uspokoiłem.  - Jutro, zażądam od Soni całej prawdy. Musi mi wszystko wytłumaczyć. Jeśli mamy mieszkać razem, nie możemy mieć przed sobą żadnych sekretów. Nie pozwolę, aby ten dureń wyśmiewał się ze mnie za każdym razem, gdy się spotkamy. Wydaje mi się, że on wie o mojej rodzinie o wiele więcej ode mnie.
.............................................................................
Betowała kot_w_butach

Rozdział 2


Następnego dnia wieczorem mój pokój był już w pełni urządzony. Internet działał na najwyższych obrotach. Poukładałem wszystkie swoje rzeczy w szafach i na półkach. Zresztą nie było tego zbyt dużo. Nie opłacało się taszczyć dużej ilości gratów z tak daleka. Miałem zamiar zrobić na miejscu zakupy i uzupełnić to, czego będzie mi brakowało. Rodzice zostawili w banku sporo kasy. Dobrze zarabiali, nie mając zupełnie czasu wydawać tych pieniędzy. Moja przyszłość pod względem finansowym była dobrze zabezpieczona.
Trochę się nudziłem. Cioteczka gdzieś zniknęła bez słowa. Postanowiłem więc trochę pozwiedzać okolicę. Nasz dom stał na uboczu, a w pobliżu nie było ani żywej duszy. Miałem jeszcze ze dwie godziny do zachodu słońca, a wczorajsze ględzenie Soni o niebezpieczeństwach czyhających w pobliskim lesie, tylko rozbudziło moją ciekawość. Może rzeczywiście warto mu się przyjrzeć z bliska. Z uśmiechem na ustach wkroczyłem między drzewa, uszedłem kilkadziesiąt metrów i stanąłem zaskoczony. Nie tego się spodziewałem. Otoczyła mnie  mroczna, tajemnicza i nieprzebyta puszcza. Nie dostrzegłem żadnych wytyczonych szlaków ani wygodnych ścieżek. Zwalone przez wiatr pnie porastał gęsty, ciemnozielony mech. Drzewa były ogromne i zdawały się sięgać nieba. Nad głową miałem rozpostarty zielony dach, przez który z trudem przedzierało się słońce. Już miałem zawrócić, kiedy moją uwagę przykuł niezwykły dźwięk. Coś jakby kwiliło? Płacz? Niemożliwe, kto przy zdrowych zmysłach pozwoliłby tu przyjść swojemu dziecku? Zawahałem się, a może rzeczywiście ktoś się zgubił. Poszedłem za głosem. Za chwilę zajdzie słońce i zrobi się zupełnie ciemno. Posuwałem się ostrożnie naprzód i całe szczęście, bo o mały włos, a nie wpadłbym w głęboką dziurę w ziemi. Na dnie jamy siedział mały, może pięcioletni chłopiec i rozcierał po umazanej ziemią twarzyczce smugi łez. Na mój widok natychmiast przestał płakać. Nieśmiało wyciągną do mnie malutką rączkę.
- Jesteś nasym nowym somsiadem, prawda? Tata mówił, ze mam z tobą nie rozmawiać.
-To po co się odzywasz? - spytałem nieco oburzony. - Nie znają mnie, a już przewracają w głowie dzieciakowi. A no tak, Sonia mówiła o jakiś zatargach między naszymi rodzinami. - Lepiej daj rękę, wyciągnę cię. Dostaniesz pewnie lanie za to, że się tutaj włóczysz.
- Pewnie tak - wzruszył beztrosko ramionami malec-zgubiłem kolcyk. Jak się tata dowie, to bendzie po mnie. Ja chciałem tylko psymiesyć - chlipnął.
- Ojciec, to by cię lepiej do logopedy zaprowadził, strasznie seplenisz. No dalej, wyłaź z tej jamy - chwyciłem go za rękę i mocno pociągnąłem do góry. I już po chwili mały stał obok mnie, wycierając sobie usmarkany nos w rękaw.
- To pses te semby, rosną i pseskadzją. Jak bendą takie, jak u taty, będę mógł s nim polować, wies! Popac jakie są już duse! - wyszczerzył do mnie swoje olśniewająco białe ząbki, które były jakieś dziwne. Boczne wystawały z szeregu, dłuższe i ostrzejsze niż pozostałe.
- Potrzebujesz dobrego dentysty, bo wyrosły ci kły jak u wilka. Będziesz w przedszkolu mógł straszyć dzieci - zażartowałem.
- Ja nie chodze do miasta, uce się w domu - westchnął malec.- Tata mówi, se nie pocebuje skoły. Moses mnie sanieś do domu, to niedaleko. Nóska mnie strasnie boli - popatrzył na mnie i złożył usteczka w podkówkę. Był taki śliczny, ciemnowłosy, z wielkimi, bezbronnymi czarnymi oczyma i delikatną białą cerą. Wyglądał jak mały, leśny duszek.
-No dobra, wskakuj na barana - zmiękłem. Przykucnąłem, aby mógł wdrapać mi się na plecy. - Prowadź, nie mam pojęcia, gdzie mieszkasz. - Ruszyliśmy powoli przez las, a mały służył mi za przewodnika. Wkrótce przybyliśmy na miejsce. Na niewielkim wzgórzu, stał duży, kamienny, najwidoczniej bardzo stary dom. Wyglądał na nieco zaniedbany, cały porośnięty dziką winoroślą, z krzywo zamontowanymi okiennicami. Wszystkie okna były pozamykane i zasłonięte roletami. Z boku dostrzegłem niewielką wieżyczkę. Prawdę mówiąc wyglądał, jak te przeklęte, wiktoriańskie wille z niszowych horrorów. Coś, jak dobrze znana wszystkim chata słynnych Addamsów. Nie zamieszkałbym tu, za żadne skarby. Dzieciak musiał mieć naprawdę mocne nerwy. Niestety posesję otaczał wysoki, żelazny płot, z rodzaju tych nie do przebycia bez starganych spodni. Stałem więc pod bramą z maluchem na plecach i nie wiedziałem dalej co robić.
- Ej ty, tam jest dzwonek. Jak mas na imie? Bo ja Soltan, ale tata mówi na mnie Soli.
- Zoli, dlaczego nikt nie przychodzi, przecież nacisnąłem? - zwróciłem się do chłopca i w tym momencie, usłyszałem na ścieżce kroki. Brama otworzyła się oz przeraźliwym zgrzytem i przede mną pojawił się wysoki, smukły mężczyzna , o pięknie wyrzeźbionym ciele i długich do pasa hebanowych włosach. Spojrzał na mnie chłodno, nieprzyjaźnie swoimi szarymi jak burzowe niebo oczami i bez słowa odebrał ode mnie dzieciaka. Odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę domu. W pierwszej chwili stałem, jak zamurowany. Nigdy w życiu nikt nie zrobił na mnie takiego niesamowitego wrażenia. Facet wyglądał jak amant filmowy. Mógłby chodzić po wybiegach we wszystkich modowych stolicach świata. Żaden ze znanych mi modeli ani aktorów nie mógł się z nim równać.  -    Ach, jaka ta natura jest niesprawiedliwa. Z jednych zrobi dzieło sztuki, a z innych pokojowego pudla - dotknąłem z niechęcią moich kręconych, jasnych włosów.   - Co taki przystojniak robi w Posoce? Nie wyglądał, aby brakowało mu kasy. O czym ja myślę? - Wreszcie przyszło na mnie  opamiętanie. - Ten piękniś potraktował mnie jak śmiecia. Ja tu się poświęcam i ratuję gówniarza, a on nawet nie raczył do mnie przemówić. A to palant jeden. Jak wszyscy miejscowi są tacy uprzejmi,  to będą tu niezłe jazdy. Nie pozwolę w ten sposób sobą pomiatać!
- Hej ty, a może by jakiś dziękuję, czy coś takiego?! Może chociaż dzień dobry?! - zawołałem za nim naprawdę oburzony. Drań nie odwrócił nawet głowy, jakby nigdy nic poszedł do domu i zatrzasnął za sobą z hukiem drzwi. Cóż miałem robić? Przecież nie będę się do niego dobijał. Wracałem powoli do domu rozkoszując się ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Byłem już blisko, kiedy na poboczu prywatnej drogi moich nieuprzejmych sąsiadów, coś błysnęło w trawie. Zacząłem rozgarniać miękkie, zielone pasma. Mam. Znalazłem śliczny srebrny kolczyk, ozdobiony drobnymi, błękitnymi kamieniami. Wyglądały zupełnie jak gwiazdy, rozrzucone na pochmurnym niebie. -To na pewno zguba tego małego. Tego szukał w lesie, aż wpadł do tej dziury. Jutro go zwrócę i będę miał okazję powiedzieć nieznajomemu pięknisiowi co myślę o jego zachowaniu.
........................................................................................

Betowała kot_w_butach

Rozdział 1


Zapukałem, drzwi otworzyły i pojawiła się w nich wysoka, jasnowłosa, młoda kobieta ubrana w letnią sukienkę. Z pełnym zachwytu piskiem rzuciła mi się na szyję. Ścisnęła mnie tak mocno, że oczy omal nie wyszły mi z orbit. Jak na płeć piękną miała niezłą krzepę.
- Och Luis, jak dobrze, że w końcu przyjechałeś. Mam na imię Sonia i jestem siostrą twojego ojca. Spodziewałam się ciebie dużo wcześniej i już zaczęłam się martwić. Chodź do środka, przygotowałam pyszną kolację, ale może najpierw pokaże ci twój pokój - Wzięła ode mnie dwie walizki i bez trudu pobiegła z nimi po stromych schodach na piętro. -To jeszcze niedawno był strych, ale jak tylko dowiedziałam się, że u mnie zamieszkasz, to wezwałam fachowców i tak powstała twoja sypialnia, obok jest pokój gościnny i składzik. Masz też własną łazienkę. Prawda, że tu jest ładnie? - Prezentowała z dumą całkiem ładny, przestronny pokój. Był wyłożony był drewnem, pod ścianą stała wielka trzydrzwiowa szafa z lustrem i malowana skrzynia zamknięta na staroświecki zamek. Całości dopełniało duże łóżko zaścielone lnianą pościelą, w barwne kwiaty, niewielkie biurko z laptopem, mały stoliczek i dwa wygodne, wyściełane krzesła.
- No  i…?- Trzepnęła mnie lekko w ramię wyraźnie czekając na jakąś reakcję z mojej strony.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Jeśli to był strych musiałaś się tu porządnie napracować. Sypialnia wygląda na bardzo wygodną. Bardzo ci dziękuję, nikt nigdy tyle dla mnie nie zrobił.
- Cieszę się, że ci się podoba. Nie znam cię i nie wiedziałam,  jak ją urządzić. Jeśli będziesz potrzebował czegoś jeszcze, to nie krępuj się i daj mi znać. Zostawię cię teraz, abyś mógł się trochę ogarnąć po podróży. Zejdź za godzinę na dół do kuchni, poczekam na ciebie z kolacją. Chciałabym, abyś poczuł się tu jak w domu. - Pogłaskała mnie delikatnie po policzku.- Nie martw się, jakoś się do siebie przyzwyczaimy. Mieszkałam tu długa sama i jestem zadowolona, że wreszcie będę miała towarzystwo. - Uśmiechnęła się do mnie uspokajająco i wyszła cicho, zamykając za sobą drzwi. Usiadłem na łóżku i zamyśliłem się. Cioteczka wydawała się całkiem miłą i życzliwą osobą.- Może nie będzie tu tak źle. Mam nawet laptopa i Internet. Problemy mogą zacząć się dopiero w szkole. Miejscowi zazwyczaj rzadko tolerują obcych przybyszy, a ja nie jestem zbyt towarzyski. - Wstałem z westchnieniem, wziąłem ciuchy na zmianę, poszedłem do łazienki i po godzinie byłem gotowy na rodzinną kolację. Zszedłem na dół i kierując się dochodzącymi do mnie smakowitymi zapachami, trafiłem do kuchni. Była urządzona w niezwykły sposób, łącząc w sobie nowoczesne urządzenia z ludową tradycją. Z jednej strony stał elektryczny piekarnik, z drugiej gliniany piec na węgiel i drewno. Wszędzie pod sufitem wisiały suszone warzywa, zioła i przyprawy. Z zadowoleniem stwierdziłem, że znam nazwy większości z nich. Rzeźbiona belka podtrzymująca sufit pokryta była gęsto znakami, przypominającymi ten na drzwiach wejściowych.
- Siadaj Luis, co tak stoisz? - Cioteczka wskazała mi miejsce za stołem.-Widzę, że z ciekawością przyglądasz się moim ziołom, znasz się na tym?
-Trochę. Jak tylko miałem okazję włóczyłem się po lasach. Wolałem to, niż łażenie po kafejkach z kolegami, dlatego nie miałem nigdy przyjaciół i uważany byłem za odludka. Kiedyś fotografowałem rośliny, robiłem albumy, ale już mi przeszło.
- Dlaczego porzuciłeś swoje hobby?
- Takie tam. Nic o czym warto by było opowiadać - wzruszyłem ramionami.
- Nic nie szkodzi, możesz zachować swoje tajemnice, nie będę cię wypytywać, ale oczekuję takiej samej lojalności od ciebie. Wszystko, co tu zobaczysz i usłyszysz zachowasz dla siebie. Gdy czegoś nie rozumiesz - pytaj. To stary dom, tak zresztą jak i nasza rodzina. Jest wiele spraw, o których nie wiesz. Twój ojciec chciał się odciąć od swoich korzeni i wyjechał stąd  w wielkim pośpiechu. Czy był z tym szczęśliwy? Nie mnie oceniać. Szkoda tylko, że tobie nie pozwolił utrzymywać ze mną kontaktów.
- Masz do niego żal, prawda? Ja przed wypadkiem nawet nie wiedziałem, że mam jakiś krewnych. Pytałem parę razy ojca, ale nie chciał na ten temat ze mną rozmawiać.
- Och, nie dziwię się. Myślę jednak, że na dzisiaj wystarczy tych rewelacji. Powoli dowiesz się wszystkiego. Mam do ciebie prośbę. Powiedziałeś, że lubisz spacerować. Ten las obok domu jest bardzo stary i dość niebezpieczny. Pełno w nim ukrytych jam i zmurszałych pni. Nawet mieszkańcy miasteczka rzadko tam chodzą, ponieważ łatwo się w nim zgubić i o wypadek nietrudno. Byłoby dobrze, żebyś zbytnio nie oddalał się od domu. Nie chodź tam zwłaszcza po zmroku. Aha, ta droga, którą widać z okna jest prywatna. Nasi sąsiedzi bardzo nie lubią obcych na swoim terenie, więc raczej się tam nie zapuszczaj. Nie chcę mieć z nimi żadnych zatargów. Dopiero od niedawna, panuje między nami jaki taki pokój. Kiedyś ci opowiem o co chodzi. To bardzo stara i niezbyt przyjemna historia. A teraz jedz, bo wystygnie - postawiła przede mną talerz ze smakowicie wyglądającą zupą.
- Co to takiego? Smaczne! - powiedziałem z pełnymi ustami.
- Żurek po staropolsku ze swojską kiełbasą.
- Nauczysz mnie, jak się go przyrządza?
- Lubisz gotować? To dość niezwykłe w twoim wieku. Widzę, że trafił mi się naprawdę świetny lokator. Możemy gotować na zmianę jak chcesz. - Mrugnęła do mnie wesoło.
- Nie ma sprawy - powiedziałem i niespodziewanie poczułem się jak w prawdziwym domu, ciepło , przytulnie i bezpiecznie. Ogień wesoło trzaskał w kominku, pachniały zioła. Na parapecie okiennym leżał czarny kot i przyglądał mi się z zainteresowaniem ,zupełnie jakby myślał - A coś ty za jeden? - Może nie będzie tak źle? Może to miejsce stanie się mi się naprawdę bliskie. Niczego w swoim życiu bardziej nie pragnąłem. Zawsze zazdrościłem kolegom domowych kanapek, które zrobiły im matki. Oni złościli się, że muszą tak wcześnie wracać do domu na obiad, a ja patrzyłem na nich z zawiścią i próbowałem z całych sił się nie rozpłakać. Na mnie nikt nie czekał z ciepłym posiłkiem. Musiałem iść do baru i zjeść go sam.
...................................................................................
Betowała kot_w_butach


Wstęp TOM I LUIS


Opowiadanie zakończone, osadzone w realiach współczesnej Polski. Młody chłopiec przyjeżdża do małego miasteczka, by zamieszkać z ciotką, której nigdy nie widział. Gorzej nie wiedział nawet, że istnieje. Zanurza się w świecie pełnym pogańskich mitów i legend. Powoli odkrywa swoją tożsamość. Poznaje mroczne, rodzinne tajemnice. Czy znajdzie tutaj nowy dom? Luis z jednej strony to nieśmiały, delikatny chłopak, ale druga jego strona to zupełnie inna historia. Pełen rozsadzającej go energii, ciekawski i psotny wpada z jednych tarapatów w drugie pociągając za sobą innych. A może jednak znajdzie się ktoś, kto utemperuje tego nieznośnego chłopaka?


TOM I   LUIS

Wiecie co to Posoka? Nie? Ja dowiedziałem się dopiero tydzień temu. Trzy miesiące wcześniej miałem wypadek, w którym zginęli w nim moi rodzice. Przez prawie cały ten czas leżałem w szpitalu i przeszedłem kilka poważnych operacji. W lewej ręce nadal często odczuwałem ból, zwłaszcza  w bezsenne noce, kiedy bałem się zamknąć oczy, bo natychmiast widziałem płonący wrak samochodu i dobiegające z niego, rozpaczliwe krzyki mojej matki. Ojciec zginął na miejscu, a ja ocalałem tylko dlatego, że wypadłem przez przednią szybę, bo jak zwykle nie zapiąłem pasów. Czy mi ich brakowało? Nie bardzo. Myślicie , że wyrosłem na wyrodnego syna? Niezupełnie. Moja rodzina nie była ze sobą zbytnio związana. Rodzice jako lekarze, specjaliści od chorób tropikalnych, jeździli po całym świecie lecząc ludzi, żaden kontynent nie miał przed nimi tajemnic. Niestety, dla mnie nie starczało im już czasu. Z dzieciństwa najlepiej pamiętam, niekończący się korowód niań i opiekunek, które nieustannie się zmieniały. Nie byłem grzecznym maluchem. Swoją frustrację, spowodowaną ciągłą nieobecnością bliskich, brakiem normalnego, bezpiecznego domu wyładowywałem właśnie na nich. Płatałem im setki złośliwych figli, dlatego żadna nie wytrzymała ze mną zbyt długo. W takich wypadkach zmuszeni do przyjazdu rodzice, prawili mi długie kazania jakim to jestem niewdzięcznym dzieckiem. Podobno miałem wszystko o czym inni tylko marzyli i nie potrafiłem tego docenić. Gdy podrosłem i skończyłem piętnaście lat, całkiem przestali się mną przejmować. Zostawiali mnie samego na całe tygodnie, niekiedy miesiące. Miałem kartę kredytową, sam robiłem zakupy i gotowałem, a do sprzątania raz w tygodniu przychodziła jakaś Meksykanka. Nocami, kiedy się bałem, a ogromny dom skrzypiał i trzeszczał jak na filmach grozy, chowałem głowę pod kołdrę, tuląc się do śmiesznej, pluszowej kozy, którą dostałem od matki na siódme urodziny. Myślicie, że był to prezent dany z miłości? Nieprawda! Dostawałem od niej podarunki, kiedy coś przeskrobała. Zagłuszała w ten sposób swoje wyrzuty sumienia. Nigdy nie zapomnę tej strasznej daty, bo to był dzień śmierci Bartka. Kto to był? Długo by opowiadać. Wystarczy jak będziecie wiedzieć, że był moim jedynym przyjacielem. Tylko on dawał mi jakieś wsparcie i namiastkę uczucia, którego tak bardzo potrzebowałem. Byłem wtedy tylko małym dzieckiem,  bardzo samotnym, w wielkim bogatym domu. A oni go zabili. Przyszli z piłami i linami, nie bacząc na moje krzyki i błagania przecięli go na pół, zabrali mu jego piękną, liściastą, zieloną duszę. Wykarczowali nawet pień, żeby nie pozostało po nim żadnego śladu. Płakałem cały dzień, aż zemdlałem ze zmęczenia i rozpaczy. Nie wiedziałem kto mnie znalazł i zaniósł do łóżka. Wieczorem przyszła do mnie matka i wręczyła tego rogatego pluszaka.
- Luis, uspokój się, tak będzie dla ciebie lepiej. To tylko drzewo, a ty dramatyzujesz, jakby zmarł ci jakiś bliski krewny. Doktor Manson powiedział, że powinniśmy to zrobić dla twojego dobra. Nikt normalny nie rozmawia z roślinami i nie twierdzi, że opowiadają mu bajki. Już za miesiąc idziesz do szkoły. Chyba nie chcesz, by dzieci miały cię za jakiegoś odmieńca i dziwaka? Na pewno znajdziesz tam przyjaciół - pochyliła się, aby mnie pogłaskać po głowie, ale schowałem się pod kołdrę przed jej fałszywą czułością.
- Zrobimy też remont w ogrodzie. Zlikwidujemy te wszystkie grządki i rabatki. Nie będziesz miał teraz czasu się nimi zajmować. Przed tobą wiele lat nauki - powiedziała już całkiem chłodno i wyszła z pokoju.
Długo nie mogłem zasnąć, a moje serce bolało, jakby miało mi pęknąć. Usłyszałem wtedy dziwną rozmowę moich rodziców, z której nie zrozumiałem ani słowa, ale wyryła się bardzo wyraźnie w mojej pamięci.
,, - John, mam nadzieję, że dzięki temu będziemy mieli już spokój. Chłopiec zrobił się ostatnio taki dziwaczny. Prawie nie wychodził z tego ogrodu. Parę razy zaczepiły mnie sąsiadki pytając, dlaczego on całymi dniami przesiaduje na dworze. W końcu mógł się zorientować kim jest naprawdę, albo nie daj boże spotkać kogoś, kto by go uświadomił. Na szczęście jest jeszcze bardzo mały.
- Nie martw się Kesi, to koniec. Trzeba tylko zająć go nauką i odsunąć od tych niemądrych pomysłów. Przejdzie mu. To wszystko, to zwykłe gusła i zabobony. Powinniśmy wcześniej wyjechać z kraju. Luis za bardzo przesiąkł moją rodziną. Tutaj jest inny świat. Nie pozwolę, aby mój syn stał się taki jak oni. Kładźmy się spać skarbie. Jutro o świcie mamy samolot - poważny, niski głos mojego ojca w końcu umilkł”.
Nie wiedziałem czego dotyczyła ta rozmowa. Gdy byłem starszy, parę razy próbowałem się włamać do gabinetu ojca. Nigdy się mi jednak nie udało. Drzwi do niego były pokryte oryginalnymi znakami. Gdy spytałem matki co to takiego, bardzo się zmieszała i oświadczyła, że to zwykły roślinny motyw jakie często stosuje się do ozdoby drewnianych powierzchni. Widziałem w jej oczach, że kłamie i odpuściłem.
 Potem jeszcze długo  leżałem na łóżku, a sen nie chciał przyjść. Tuliłem do siebie tą głupią kozę, bo do jej wnętrza włożyłem kilka zebranych jesienią żołędzi i z powrotem ją zaszyłem, aby nikt ich nie znalazł. To dzieci Bartka. Za kilka lat, jak dorosnę, posadzę je przed swoim domem i znowu wszystko będzie dobrze. Słyszałem, jak za oknami wielkie, ciężkie  maszyny równają z ziemią, to co najbardziej na świecie kochałem. Rano wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że mój śliczny, pachnący ogródek znikł. Kilku robotników kręciło się po placu układając gładkie trawniki i wytyczając proste żwirowe ścieżki. Nie było kwiatów, ani krzewów, a na miejscu kwitnącego ogrodu powstawała  prawdziwa wielkomiejska pustynia. Taras, krzesełka ,stolik, wszędzie betony i ceramiczne płytki. Nic żywego i zielonego. Od tego czasu nigdy więcej nie wyszedłem do na zewnątrz. Nie było po co.
 Całe moje dotychczasowe życie upłynęło w wielkim mieście, które nigdy nie zasypiało, a nieustanny ruch na ulicach trwał dzień i noc. Teraz będę musiał zamieszkać w małej miejscowości, bo żyje w nim jedyna moja krewna, której nigdy nie poznałem. Podobno, to młodsza siostra mojego ojca. Nawet nie wiedziałem, że istnieje. Rodzice po wyjeździe ze swojej ojczyzny zerwali kontakty  ze wszystkimi. Nie odpowiadali na listy i telefony, które z początku często dzwoniły. Nie wiem, dlaczego tak postępowali. Kiedyś próbowałem się tego dowiedzieć, ale ojciec wzruszył tylko ramionami. Byłem bardzo mały kiedy opuściliśmy  kraj i prawie nic z tego okresu nie pamiętam, co zawsze bardzo mnie dziwiło. Miałem wtedy prawie sześć lat i coś przecież powinno zostać mi w głowie. Z tych niewesołych rozmyślań wyrwał mnie głos taksówkarza.
- Proszę pana, jesteśmy na miejscu.
Wysiadłem na lotnisku w Krakowie i taksówką udałem się do Posoki. To takie małe miasteczko na południu Polski, zagubione wśród wzgórz Beskidu Małego. Większość drogi przespałem. Spojrzałem przez okno samochodu i zobaczyłem, że zatrzymaliśmy się przed dużym, parterowym domem. Muszę przyznać, że od razu mi się spodobał. Czytaliście kiedyś bajkę o Jasiu i Małgosi? Wyglądał jak przykładowa chatka Baby Jagi. Niezbyt wysoki, zbudowany z potężnych drewnianych bali. Miał duże, białe okna i zielone okiennice. Dach z czerwonej dachówki ozdabiało usadowione obok komina wielkie bocianie gniazdo. Otaczał go spory ogród, w którym kwiaty zdawały się kwitnąć na wyścigi. Pachniały zasadzone  od frontu zioła. - Istna sielanka –pomyślałem- prawie jak na wsi. Wyciągnąłem z samochodu walizki, zapłaciłem kierowcy i ruszyłem ociągając się nieco do drzwi. Były bardzo oryginalne - grube, okute żelazem i zamknięte na najdziwniejszy zamek jaki w życiu widziałem. Wglądał na bardzo stary, może nawet zabytkowy. Na pomalowanym na czarno drewnie zobaczyłem skądś znajomy mi znak, otoczony paskudnie pachnącym wieńcem uwitym z liści cebuli, chrzanu, czosnku i fasoli. Znam się trochę na tym, bo kiedyś fascynowałem się ziołami. Wiem jakie mają właściwości, a te były naprawdę magiczne i służyły do ochrony domu i jego mieszkańców. - Po co tu wiszą i czego boi się moja ciotka? To ciekawe. - Poczułem się jakbym właśnie wkroczył do innego świata, takiego, który istnieje tylko w celtyckich legendach. No wiecie druidzi i te sprawy. - O rany,  gdzie ja trafiłem, to nie zwykła zapadła prowincja, to średniowieczna osada! Ledwo wysiadłem, a tu gdzie nie spojrzę widzę gusła i zabobony. Na drzwiach pogańskie znaki, czarodziejskie  zioła. Pięknie się zaczyna. Zaraz się okaże, że cioteczka to wiedźma i co tydzień lata na Łysą Górę.
…………………………………………………………………

Cebula-ochrona, odpędzenie złych mocy, wspomaga dar jasnowidzenia, bogactwo
Chrzan- ochrona, odpędzenie złych mocy
Fasola- ochrona, odpędzenie złych mocy
Czosnek- ochrona, odpędzenie złych mocy, leczenie
.............................................................................................
Betowała kot_w_butach