sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 9




Adam

Wyleciałem przez okno  w korytarzu i miałem zamiar pognać do swojego pokoiku w domu Soni i tam w spokoju sobie polamentować. Niestety przypomniałem sobie, że nadal mam lokatorów których najzwyczajniej w świecie się brzydziłem i nawet trochę się bałem. Nie pozostało mi nic innego jak polatać sobie trochę po zasypanym śniegiem lesie i przemyśleć całą sprawę. Byłem tak zdenerwowany, że z trudem manewrowałem pomiędzy drzewami i kilkakrotnie o mało nie spowodowałem wypadku. W głowie miałem kompletny chaos. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Moja rodzina była bardzo konserwatywna. Homoseksualistów ojciec uważał za jakiś zwyrodnialców i zboczeńców. Matka na widok naszego sąsiada geja przechodziła na drugą stronę ulicy, bo bała zarazić się AIDS. Naczytała się jakiś bzdur w kobiecych pisemkach i w dodatku opacznie je zrozumiała. Zawsze uważałem się za normalnego nastolatka. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że coś ze mną może być nie tak. Dzisiaj jednak zdałem sobie sprawę ze swojej odmienności. Pocałunki Kasi owszem sprawiały mi przyjemność, ale były niczym w porównaniu z tym co działo się ze mną pod wpływem dotyku Nissima. Przy nim zapominałem o całym świecie, a moja krew dosłownie wrzała jak lawa w wulkanie. Bliskość mężczyzny działała na mnie obezwładniająco, traciłem przy nim cały swój rozsądek. Nie chciałem się temu poddać, pragnąłem być taki jak większość moich rówieśników, umawiać się na randki z ładną, miłą dziewczyną, chodzić z nią po parku trzymając się za ręce, a potem kiedyś, w odległej przyszłości założyć rodzinę i mieć gromadkę dzieci. Wszystkie moje marzenia wzięły właśnie w łeb, w uszach mi dzwoniło z wrażenia i nie mogłem się uspokoić. W dodatku uderzyłem w twarz swojego opiekuna i zwiałem. Zachowałem się jak prawdziwy dzikus. Latałem już chyba ze dwie godziny. Słońce zaczęło zachodzić, a temperatura obniżała się coraz bardziej. Ośnieżony las wyglądał niezwykle pięknie. Pobyt na łonie natury zawsze wpływał na mnie kojąco. Moje serce zaczęło bić równym, spokojnym rytmem i przestałem się trząść. Wylądowałem na niewielkiej polance i postanowiłem piechotą wrócić do zamku Nissima. – Wślizgnę się jakoś po cichu do środka i może nikt mnie nie zauważy. Demon za ten czas może ochłonął i nie będzie czekał na mnie w drzwiach, żeby się ze mną rozprawić za ten policzek – zastanawiałem się brnąc po kolana w białym puchu. Z zamyślenia wyrwał mnie czyjś cichy chichot. Zaciekawiony zacząłem się skradać, podszedłem jak mogłem najbliżej i wychyliłem ostrożnie zza drzewa. – Och to Luis i Avgar! Co oni wyprawiają na takim mrozie? – przyglądałem się zmieszany ich wyczynom. Byli tak zajęci sobą, że jeśli nawet wyszedłby z kniei niedźwiedź to z pewnością nawet nie odwróciliby głów. Luis stał przygnieciony przez mężczyznę do oblodzonego pnia. Chichotał jak szalony i wiercił się na wszystkie strony. Lodowate ręce Avgara wędrowały pod jego ubraniem po nagiej skórze.
- Zabieraj te zamrożone łapska – piszczał chłopak usiłując się uwolnić.
- Kochanie, muszę sprawdzić czy moje zaklęcie podziałało należycie – z przewrotnym uśmiechem stwierdził demon i zacisnął palce na sutkach Luisa delikatnie je przekręcając.
- Chcesz mnie zabić draniu? – jęknął Luis, wyprężając się pod wpływem jego pieszczot. – Jaja sobie robisz? Miałem zniekształcony tyłek, a nie klatkę piersiową!
- O to przepraszam – Avgar spojrzał na nie go niewinnie, zbyt niewinnie. – Zaraz się poprawię – mruknął i złapał chłopaka obiema rękami za pośladki. – Mhm chyba nic im się nie stało, ale może powinienem obejrzeć je z bliska? – przewrócił się razem z kwiczącym na cały las Luisem do śniegu. Biedny chłopak wpadł twarzą w puch, a cwany demon wylądował na jego plecach. Natychmiast zsunął się na dół i pociągnął za sobą jego spodnie odsłaniając nieco krągłe pośladki. Wtulił w nie twarz i  zaczął gryźć delikatnie kuszące półkule.
- Puść mnie zboku, chyba nie masz zamiaru robić niczego dziwnego na śniegu? – wymamrotał słabym głosem Luis, kiedy język demona zanurzył się w jego rowek.
To wyznanie mojego przyjaciela znajdującego się właśnie w jednoznacznej pozycji z wypiętym do góry tyłkiem nieco mnie otrzeźwiło. - Jeśli oni są przycięci inaczej to kim jestem ja? – poczułem jak palą mnie ze wstydu policzki, a w spodniach mam najwyraźniej ciasno. Zacząłem powoli się wycofywać, aby mnie nie zauważyli. Odszedłem kilkadziesiąt kroków w głąb lasu i rozłożyłem skrzydła. Może jednak lepiej polecę. Wślizgnąłem się do zamku przez okno w korytarzu na piętrze. Poszedłem cicho w stronę mojej sypialni. – Chyba to nie jest takie złe? Luis z Avgarem stanowią taką piękną parę i najwyraźniej świata za sobą nie widzą. Czy miłość  rzeczywiście może zaistnieć tylko między kobietą, a mężczyzną, jak to zawsze wpierali mi rodzice? Mylili się w tylu innych sprawach więc dlaczego akurat w tej mieliby mieć rację? – zastanawiałem się całą drogę. – Niepotrzebnie tak napadłem na Nissima. Powinienem z nim porozmawiać o tym, a nie uciekać jak kretyn. Muszę go przeprosić.- Zacząłem szukać demona po całym zamku. Znalazłem go w końcu w galerii portretowej. Stał przed jakimś obrazem i patrzył na niego smutno. Nigdy go takim nie widziałem i ścisnęło się we mnie serce. Zawsze taki dumny i arogancki teraz wyglądał na bezradnego i kruchego. Schowałem się za filarem nie wiedząc co robić.
- Och skarbie –usłyszałem głos opiekuna najwyraźniej mówiącego do mężczyzny na portrecie  - chyba jestem naprawdę złym opiekunem. Wystraszyłem śmiertelnie tego ślicznego dzieciaka i teraz nie mogę go znaleźć. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Miałeś rację, że ode mnie uciekłeś i zostawiłeś mnie samego. Nie zasługuję na niczyją miłość i myślę tylko o sobie – westchną ciężko. Zrobiło mi się niesamowicie ciepło i  przyjemnie na sercu. – On się o mnie martwi i uważa, że jestem śliczny – miałem ochotę podskakiwać z radości. Momentalnie zapomniałem o swoich rozterkach. Wystrzeliłem jak korek z butelki i pognałem w stronę Nissima. Rzuciłem się mu na szyję z ogromnym entuzjazmem omal go nie przewracając. Przytuliłem się do zdumionego mężczyzny i wymamrotałem w jego szyję.
- Przepraszam, że jestem takim narwanym głupkiem. Jesteś naprawdę wspaniałym opiekunem i przysięgam, że już ci nie będę sprawiał kłopotów – poczułem jak silne ramiona Nissima zamykają się wokół mnie. – Och, jak dobrze być w domu. W lesie było naprawdę bardzo zimno.
- Cieszę się, że wszystko z tobą w porządku. Jutro jednak musimy poważnie porozmawiać – stwierdził demon głaszcząc mnie po głowie. Spojrzał jeszcze raz na obraz i uśmiechnął się do malunku. Coś zakłuło mnie w piersiach. Odsunąłem się od niego, stanąłem przed obrazem całkowicie go zasłaniając.
- On jest brzydki, ma gruby tyłek i wytrzeszczone oczy. Nawet ja jestem od niego o wiele ładniejszy – wypaliłem niemądrze i już po sekundzie zaczerwieniłem się po same uszy widząc kpiący wzrok mężczyzny.
- Jesteś zazdrosny o nieżyjącego od pięciuset lat chłopaka? To bardzo zabawne – Nissim pstryknął mnie w nos.
- Żartujesz? Musiałbyś mi się podobać, a wcale tak nie jest – pogrążyłem się jeszcze bardziej. Zaczął wolno podchodzić do mnie coraz bliżej. Otulił mnie jego zapach, był na wyciągnięcie ręki. Mój puls przyśpieszył. – Muszę już iść, strasznie przemarzłem – odwróciłem się na pięcie i uciekłem w popłochu. Ścigał mnie jego donośny śmiech.
…………………………………………………………

Luis
Obudziłem się bardzo wcześnie czując okropny głód. Faktycznie nie zjadłem wczoraj kolacji, bo Avgar zajął mnie czymś hm, innym. Z dołu dochodził mnie boski zapach. Powlokłem się do kuchni gdzie Sonia przygotowywała właśnie śniadanie. Niezupełnie jeszcze rozbudzony wziąłem z szuflady widelec i zacząłem wyjadać wprost z patelni.
- Mm, pyszne – wymamrotałem z pełną buzią i natychmiast dostałem po łapach. Nawet nie zauważyłem, że po brodzie cieknie mi krew.
- Luis ty mała cholero, przecież to surowa wątróbka, poczekałbyś chociaż aż się udusi – ciotka odpędziła mnie od gara i usadziła za stołem. – Zraz zaraz – zaczęła patrzeć na mnie podejrzliwie - przecież ty nie ostatnio nie jadłeś mięsa bo powiedziałeś, że to godzi w twój światopogląd. Wytrzyj się, wyglądasz jak wampir po posiłku – podała mi papierową chusteczkę.
- Mogę jeszcze trochę – odebrałem jej patelnię i zacząłem z zapałem pochłaniać jej zawartość. Przyglądała się temu z wyraźnym obrzydzeniem w oczach.
- Luis, ledwo wykaraskałeś się z jednego problemu i najwyraźniej zaczyna znowu ci odwalać. Robiliście wczoraj coś dziwnego z Avgarem? – zapytała wbijając we mnie oskarżycielsko wzrok.
- Eee? – zapytałem inteligentnie. – Mam ci opowiedzieć ze szczegółami? – Przypomniałem sobie wszystko co wyprawialiśmy i zawstydzony spuściłem oczy. – Kiedy my właściwie wcale nie wychodziliśmy z sypialni – pisnąłem  żałośnie.
- Nie patrz tak na mnie, martwię się o ciebie, ostatnio bardzo się zmieniłeś – pokręciła głową Sonia.
- Och, czepiasz się i chcesz się mnie pozbyć – Nagle zrobiło mi się smutno i łzy zakręciły mi się w oczach. – Teraz myślisz tylko o Ance i jej zderzakach. Nie chcesz już być moją rodziną – chlipnąłem.
- Teraz to już przegiąłeś. Zachowujesz się jak baba w ciąży! – krzyknęła na mnie dziewczyna i znieruchomiała, jakby coś bardzo niepokojącego przyszło jej do głowy. – Luis czy ty ostatnio dobrze się czujesz?
- Właściwie to tak jakoś dziwnie, raz jestem ospały jakbym miał za moment zapaść w sen zimowy, kiedy indziej rozpiera mnie energia. Mięsko niesamowicie mi smakuje, zwłaszcza takie na wpół surowe – zacząłem się zastanawiać. – Może coś mi zaszkodziło?
- Wiesz, ty sobie lepiej usiądź, a ja zadzwonię do Avgara – powiedziała słabo unikając mojego wzroku i poszła do swojego pokoju. Widziałem jak zamyka za sobą drzwi i to wydało mi się bardzo podejrzane. Nigdy tego nie robiła. Po cichu poszedłem za nią i przyłożyłem ucho do dziurki od klucza.
- Avgar ty stary zboku, natychmiast przynieś mi test. Jeśli to prawda co podejrzewam, to cię wykastruję bez znieczulenia! – piekliła się do komórki. – Czy wy się w ogóle zabezpieczaliście?! Luis to głuptas i z niczego nie zdaje sobie sprawy, ale po tobie spodziewałam się minimum odpowiedzialności kretynie!
- ……………………..
- Nawet mi nie mów kurwa o jaju! Jaka moja wina, ty mi tu nic nie wpieraj! Nie miałam pojęcia, że odziedziczył geny po matce! Cholera, oboje zawaliliśmy! Mały nie będzie zachwycony, że przed nim to ukrywaliśmy i będzie miał rację. Długo będziesz musiał czekać na przesyłkę? Co, masz go w domu? A więc też coś podejrzewałeś?
- ……………………………….
- W takim  razie czekamy. Idę  naostrzyć tasak! Obejrzyj sobie ostatni raz swojego penisa i zrób mu pamiątkowe zdjęcie, bo już go więcej nie zobaczysz – Demon najwyraźniej się rozłączył. Poczułem niepokój. - Co to za dziwne tajemnice mają przede mną? Co Sonia takiego wie o mojej matce, przecież nie mogła jej znać? - Rodzice zawsze opowiadali, że poznali się w Londynie na jakimś zjeździe lekarzy. Nigdy nie widziałem jednak ich aktu ślubu ani mojego aktu urodzenia. Gdy kiedyś potrzebowałem ich w szkole do załatwienia urzędowych spraw zanieśli je sami, twierdząc, że jestem zbyt nieodpowiedzialny, żeby powierzyć mi tak ważne dokumenty. Czasami, jak byłem mały opowiadałem im o domu, z pięknym kwitnącym ogrodem, który często mi się śnił. Wyśmiewali mnie i mówili, że mam zbyt bujną fantazję. Jak przez mgłę pamiętałem salon ze ścianami z ciemnego drewna z dużym kamiennym kominkiem, bardzo podobnym do tego jaki miała Sonia. Może dlatego jak przyjechałem tutaj od razu poczułem się jakbym wrócił wreszcie na swoje miejsce. Usłyszałem kroki i szybko pobiegłem do swojego pokoju. Zamknąłem się w łazience i puściłem wodę. Musiałem zastanowić się nad tym co usłyszałem. Najbardziej niepokoiła mnie ta sprawa z jajem. – O co tu u licha chodzi?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Rozdział 8



Adam

Pojechałem do szkoły w strasznym stanie. Przetrwanie ośmiu godzin w klasie z kacem gigantem było naprawdę ekstremalnym przeżyciem. W głowie mi huczało wzburzone morze, w gardle paliło, a żołądek urządzał dzikie harce. Dziewczyny szybko zorientowały się co mi dolega  i ulitowały się nade mną. Przyniosły mi sok pomidorowy i anty- kacusia z pobliskiej apteki. Trzeba przyznać, że bliźniaczki znały się na rzeczy. Po dwóch godzinach byłem jak nowo narodzony. Podczas obiadu przysiadła się do nas Kasia. Wyglądała dzisiaj wyjątkowo seksownie w obcisłej mni spódniczce i puszystym sweterku.
- Adam, wracasz dzisiaj po szkole od razu do domu? W kinie grają niezły film, może wybrałbyś się ze mną? – zaszczebiotała słodko patrząc mi prosto w oczy. Momentalnie stopniałem jak śniegi na wiosnę. Najładniejsza dziewczyna w szkole proponowała mi randkę. Poczułem się jakbym urósł kilka centymetrów.
- To urwijmy się z trzech ostatnich godzin – zaproponowałem beztrosko, myśląc w tej chwili o wkurzonym nieziemsko opiekunie. Jak  wyjdziemy teraz, to zdążymy do jego przyjazdu. - Możemy iść też do kawiarni po seansie. - Dziewczyna z uśmiechem skinęła na zgodę głową. Złapałem ją za rękę i wybiegliśmy ze stołówki. Po drodze ubraliśmy się, złapaliśmy plecaki i uciekliśmy przez okno w łazience dziewczyn.
Randka nie powiem była całkiem miła. Kasia w kinie kleiła się do mnie wręcz nieprzyzwoicie. Musiałem zrobić na niej niesamowite wrażenie. Czułem się jak prawdziwy zwycięzca. Kiedy zaczęła mnie głaskać po ręce i przytulać się mój rozsądek odleciał w siną dal. Chyba jestem jednak bardzo przyziemnym facetem, bo euforia nie trwała długo. Mimo całego zauroczenia dziewczyną wydawało mi się, że to wszystko toczy się zbyt szybko. Nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze poznać, a już miziamy się w ciemnej sali. Po filmie siedzieliśmy jeszcze chwilę w kawiarni gawędząc o różnych głupstwach. Zerknąłem na zegarek i stwierdziłem, że zbliża się godzina przyjazdu Nissima. Poszliśmy więc powoli przez ośnieżony park w kierunku szkoły. W bramie Kasia zatrzymała się i złapała mnie za ramię.
- Nie pożegnasz się? – zapytała trzepocąc długimi rzęsami. Zaczerwieniłem się i niepewnie objąłem ją w talii. Ułożyła usta w ryjek. Pocałowałem ją, delikatnie łącząc nasze wargi. Było hm, całkiem przyjemnie, bez żadnego bicia serca, miękkich kolan i zawrotów głowy. Chyba tak właśnie powinien wyglądać słodki buziak z dziewczyną. Prawda?  Miałem jednak niejasne wrażenie, że cos tu nie gra, ale zrzuciłem to na karb mojej wybujałej wyobraźni. Widocznie te sprawy wymagają ćwiczeń i następny całus na pewno będzie lepszy. Odsunąłem się od dziewczyny, która wyglądała na nieco rozczarowaną.
- Zaprosisz mnie do siebie na weekend? – zapytała znienacka.
- Eee… Zapytam, mieszkam w wynajętym pokoju – odpowiedziałem zaskoczony jej bezpośredniością. – Muszę już iść, nie chcę sobie przechlapać u opiekuna. Ostatnio ciągle mu podpadam.
- W takim razie pa, do jutra – pomachała mi Kasia. Spojrzałem nad jej ramieniem i cały dobry humor od razy gdzieś wyparował. Zadrżałem ze strachu. Nissim stał w bramie i wpatrywał się we mnie tymi swoimi zimnymi jak kryształki lodu oczami. W jego spojrzeniu było coś takiego, że zacząłem się cofać. Zaczął iść w naszym kierunku szczerząc zęby w drapieżnym uśmiechu. Minął mnie i stanął przed zaskoczoną Kasią. Dziewczyna zlustrowała go od stóp do głów, widać było, że to zobaczyła bardzo jej się spodobało, bo zaczęła wyginać się zalotnie.
- Moja panno – odezwał się mężczyzna patrząc na nią pogardliwie – nie życzę sobie abyś utrzymywała z Adamem jakieś kontakty. Nie pozwolę, żebyś dorwała się do jego kart kredytowych więc nic tu po tobie. Następnym razem już nie będę taki miły – dorzucił groźnie. Kasia ogromnie się zmieszała, otwierała i zamykała usta nie wiedząc co powiedzieć. Tymczasem Nissim położył mi rękę na ramieniu i popchnął lekko do przodu.
- Do domu marsz – warknął.
- Phy…- prychnąłem wściekły na niego za jego zachowanie, ale widząc zimną furię w oczach opiekuna nie odważyłem się odezwać. Pomaszerowałem do zaparkowanego na ulicy samochodu. Wsiadł trzaskając drzwiami tak mocno, że o mało nie wyleciały z zawiasów. Wzdrygnąłem się i spuściłem głowę. Jechaliśmy w milczeniu ośnieżoną drogą, nasze oczy ani razu się nie spotkały. Słyszałem jednak jak mężczyzna zgrzyta ze złości zębami. Dojechaliśmy do jego domu w ekspresowym tempie. Zostawiłem tam niestety kilka książek potrzebnych mi na dzisiaj do nauki. Poszedłem do swojego pokoju i zacząłem szukać podręczników. Mamrotałem przy tym pod nosem co myślę o nadopiekuńczych facetach wtykających nosy w nie swoje sprawy. Zostawiłem niestety otwarte drzwi i to był mój błąd. Nissim musiał usłyszeć co nieco, bo z impetem wszedł do pokoju.
- Nie masz odwagi powiedzieć mi tego głośno smarkaczu? – zapytał przyciskając mnie swoim twardym ciałem do ściany i kładąc ręce po obu stronach mojej głowy.
- Jesteś okropny, narobiłeś mi wstydu przed moją dziewczyną – wrzasnąłem równie wściekły jak on.
- Parę nędznych całusów i trochę macania, a ty już składasz deklaracje tej małej puszczalskiej? Jesteś żałosnym gówniarzem – warczał wprost do mojego ucha, a ja mimowolnie poczerwieniałem. Był blisko, zbyt blisko. Całym sobą czułem jak falują mięsnie na jego klatce piersiowej. Chcąc się uwolnić uniosłem kolano i zamiast go odepchnąć tak jak to miałem w planie, ześlizgnęło mi się i weszło między jego uda. Sapnął zaskoczony.
- Jesteś wredny, jak mogłeś jej powiedzieć, że czyha na moją kasę? – odezwałem się już mniej pewnie, bo poczułem jak jego ciepłe dłonie ześlizgują się wzdłuż moich boków by w końcu objąć moje pośladki.
- Oszalałeś? Ile razy mam ci mówić, że faceci mnie nie kręcą! Kasia całuje lepiej od ciebie! – krzyknąłem bezmyślnie i w tym samym momencie tego pożałowałem.
- Ale z ciebie paskudny kłamczuch – zacisnął palce na moim tyłku.
- Jak śmiesz?! – zdesperowany, nie wiedząc co mam robić ugryzłem go w ramię. Miałem nadzieję, że ból przywróci mu rozsądek i mnie w końcu puści. Tymczasem złapałem się we własne sidła. Oczy mu zapłonęły i przybliżył swoją twarz do mojej.
- Udowodnij, że mówisz prawdę – uśmiechnął się do mnie przewrotnie i zaczął lizać moją szyję. Jego dłonie miarowo masowały moje pośladki przyciskając coraz mocniej nasze biodra do siebie. Poczułem jak bardzo jest pobudzony i zaczerwieniłem się po same uszy. Jego penis zaczął ocierać się o mój i już po chwili postawił mnie w stan gotowości. Zdradzieckie ciało prężyło się i drżało bez udziału mojej woli. Lgnęło do niego jak ćma do światła. Ciepły język wyczyniał cuda z moją skórą, która zrobiła się wrażliwa na najlżejszy dotyk. Zacząłem jęczeć, z początku cichutko potem coraz głośniej.
- Tak skarbie, właśnie tak – mruczał niskim głosem, a ja rozgrzewałem się z każdą sekundą coraz bardziej. – Poddaj się i przestań ze mną walczyć – niespodziewanie włożył jedną dłoń między nasze ciała i ujął delikatnie mojego penisa. Zaczął go gładzić przez materiał spodni, a ja zamknąłem oczy i skomlałem jak szczeniak. – Nie bój się, rozsuń trochę nogi - usłyszałem gorący szept. Uda zareagowały same pozwalając mu na jeszcze intymniejszą pieszczotę. Teraz mógł dosięgnąć także moich jąder. Ugniatał je i drażnił z wielką wprawą, a ja topiłem się jak masło na rozpalonej patelni. Podniósł głowę i zawładną moimi ustami. Wsunął głęboko język i zaczął gładzić ich wnętrze. Byłem jak w transie. Pozwalałem mu robić z sobą wszystko na co miał ochotę. Wreszcie moje ciało wygięło się w łuk i jak prawdziwy smarkacz spuściłem się w spodnie. Oparłem się o niego dysząc głośno i drżąc na całym ciele. Zacząłem się uspokajać, Nissim trzymał mnie mocno w swoich ramionach, gdyby mnie puścił, to na pewno bym upadł. Wraz z opamiętaniem wrócił także rozsądek. – Jak on mógł mi to zrobić? To był pierwszy raz gdy do orgazmu doprowadziły mnie inne ręce niż moje. Zachowywałem się jak dziwka w objęciach faceta. Jestem zboczeńcem! – zrobiło mi się niedobrze. W wyobraźni zobaczyłem wykrzywioną pogardą twarz ojca, mówiącym o naszym homoseksualnym sąsiedzie. Wilgotne spodnie lepiły mi się do nóg. Odsunąłem się od mężczyzny, spojrzałem na niego ze złością i z całej siły uderzyłem go w twarz. Nie czułem jak po policzkach zaczynają mi płynąć strumieniem łzy.
- Kto ci dał prawo, żeby mnie dotykać?! Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj! – wrzasnąłem, rozłożyłem skrzydła i umknąłem starym zwyczajem przez okno.
- Adaś wracaj! – usłyszałem za sobą krzyk Nissima.
………………………………………………………………………..

Luis
Wstałem wcześnie, zjadłem w pośpiechu śniadanie i pognałem nad jezioro. Nie chciałem się spotkać z wkurzoną na mnie ciotką. Było teraz zamarznięte i dzieciaki z miasteczka jeździły po nim na łyżwach. Oczywiście było to zabronione i sierżant Kropelka latał za nimi wrzeszcząc na nich i piszcząc przeraźliwie na policyjnym gwizdku. Usiadłem na kamieniu, ale przez ten hałas nie mogłem się skupić. Miałem plan, co prawda marny, ale trudno. Chciałem odtworzyć wszystko co zrobiłem tamtego dnia. Skupiłem się i myślach zanurzyłem się w głąb zimnych wód jeziora. Starałem się wyobrazić sobie jak wygląda zwyczajne życie jego mieszkańców. Już po chwili pływałem razem z karpiami, po drodze widziałem nawet kilka węgorzy i szczupaka. Poczułem jak coś ze mnie się uwalnia i rozchodzi się po wodzie. Miałem nadzieję, że osiągnąłem sukces. Otworzyłem oczy, wstałem i….
- Pac.. - dostałem miedzy oczy ogromną śnieżką. Poślizgnąłem się na lodzie i upadłem na tyłek. Spojrzałem w gorę i dostrzegłem mojego oprawcę. Nade mną stał Legolas z rękami w kieszeniach, jego szczupłą twarz wykrzywiał złośliwy uśmieszek.
- Ty elficki wypierdku! – wrzasnąłem i w pierwszym odruchu miałem mu oddać zwalając na niego śnieg z pobliskiej choinki, ale zraz się rozmyśliłem. Miałem przecież o wiele lepszą broń. Skoncentrowałem się i wyobraziłem sobie jego nos wielkości sporego kartofla. Coś rozjarzyło się w powietrzu i już miałem przed sobą przezabawny obrazek. Blondas z wielką bulwą na twarzy wyglądał naprawdę świetnie.
- Co ty mi zrobiłeś smarkaczu? – pisnął ze złością Legolas.
- Lustereczko by ci się przydało – stwierdziłem z szerokim uśmiechem. Ze zdumieniem zauważyłem, że ledwo przestałem mówić on już trzymał w ręce zwierciadło.
- Oż ty wredny – elf wykonał jakiś skomplikowany gest i poczułem dziwne mrowienie w okolicy mojego tyłka. Spojrzał na mnie i zaczął chichotać jak szalony. – Ciekawe czy teraz też będziesz się Avgarowi podobał. – Odrobinę przestraszony jego radością zacząłem w popłochu obmacywać swoje tyły. Wydawały się jakby większe? Rosły z sekundy na sekundę i już po chwili zamiast zgrabnych pośladków miałem wielką dynię. Musiałem mieć chyba ze sto pięćdziesiąt centymetrów w biodrach. Przy moim wzroście wyglądałem z pewnością komicznie. Podszedłem do blondasa i spojrzałem mu groźnie w oczy.
- Odwołaj to śmieciu! – krzyknąłem na drania.
- Chciałbyś – pokazał mi gest pingwina. Nigdy bym nie pomyślał, że zieloni znają takie młodzieżowe zagrywki. Krew się we mnie wzburzyła. Nie pozwolę temu cieniasowi się obrażać. Skoczyłem na drania z zębami i pazurami. Drapałem i gryzłem, gdzie tylko mogłem dosięgnąć. Elf chyba nie spodziewał się takiego obrotu sprawy bo pisnął cienko, ale trzeba przyznać, że się nie wycofał. Wczepił się natomiast paluchami w moje włosy i ciągnął za nie niemiłosiernie. Upadliśmy na śnieg i zaczęliśmy okładać się jak gówniarze. Słyszała nas chyba cała okolica bo darliśmy się przy tym niemiłosiernie nie szczędząc sobie wyzwisk. Tocząc swoją bitwę zupełnie przestaliśmy zwracać uwagę na otoczenie. Nagle czyjeś silne dłonie pociągnęły nas do góry i oderwały od siebie.
- Co wy do jasnej cholery wyprawiacie? – usłyszałem wściekły głos Avgara. Wyglądacie jak dwa skretyniałe bałwany, tyle, że jeden ma wielki nochal, a drugi ogromny tyłek.
- Liren – zwrócił się do elfa – ciekawe jak wygląda teraz moja przesyłka? Jak coś zgniotłeś w czasie tej bijatyki to mnie popamiętasz!  Jesteś od niego o wiele starszy i powinieneś być choć odrobinę mądrzejszy – puścił zmieszanego blondasa na ziemię prosto w wielką zaspę. Wypełzną stamtąd prychając i nie oglądając się za siebie powędrował do zamku.
- A ty – zwrócił się do mnie demon – ledwie jedną psotę naprawiłeś od razy wpakowałeś się w nowe kłopoty. – Potrząsną mną jak kociakiem. Powinienem cię za karę tutaj zostawić z tym wielkim zadem.
- Ja nie mam zadu tylko dupcię – mruknąłem urażony. Zrobiło mi się przykro, jeśli zaklęcia nie uda się odwrócić już na zawszę pozostanę taką paskudą. Usta same ułożyły mi się w podkówkę. – Nie chcesz mnie, bo jestem teraz brzydki? – chlipnąłem niespodziewanie dla samego siebie. Zacząłem się zachowywać jak jakaś nawiedzona nastolatka. Przez tego faceta głupiałem z każdym dniem coraz bardziej.
- Luis, ty chyba nie zaczniesz płakać z powodu takiego głupstwa? – zapytał Avgar, patrząc na mnie zaniepokojony i zaskoczony moją reakcją. – Ostatnio naprawdę dziwnie się zachowujesz, a te twoje huśtawki nastroju bywają naprawdę przerażające.
- Mój śliczny tyłeczek przepadł – rozbeczałem się na dobre. Mężczyzna wziął mnie w ramiona i czule ucałował moje zdrętwiałe z zimna usta.
- Głuptasie, przecież cię kocham i rozmiar twoich pośladków tego nie zmieni – szepnął mi do ucha.




sobota, 3 listopada 2012

Rozdział 7


Luis

Kilka minut później dotarliśmy z Avgarem do domu ciotki. W salonie czekało już na nas całe towarzystwo. Ledwo przekroczyliśmy próg wszyscy spojrzeli na nas jak na zbrodniarzy. Anka oczywiście siedziała obok Soni bezwstydnie wykorzystując sytuację i klejąc się do jej boku. Adaś kręcił się niespokojnie u boku Nissima. W pewnym momencie zaczerwienił się i gwałtownie poderwał z sofy. Ulokował się na dywanie razem z Iloną i chmurnie spoglądał na Nissima wydymając różowe usta. Chciał chyba wyglądać groźnie, ale skutek był zupełnie przeciwny do zamierzonego. Z tym pełnym oburzenia spojrzeniem, rozczochranymi włosami i rozchylonymi słodkimi ustami stanowił bardzo kuszący kąsek wprost do schrupania. – Czy pomiędzy nimi coś jest?- Jakoś wcześniej tego nie zauważyłem. Mężczyzna spoglądał na niego rozbawiony i wygodnie rozparł się na fotelu. Na nasz widok uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie. Usiadłem razem z Avgarem na kanapie nieco chowając się z jego plecami. Nieczyste sumienie nie dawało mi spokoju i miałem nadzieję, że w razie zmasowanego ataku demon mnie obroni. Sonia omiotła wzrokiem całe zgromadzenie prze dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na naszej dwójce. Pod wpływem jej spojrzenia zadrżało we mnie serce.
- Zebraliśmy się tutaj z wiadomego wszystkim powodu. Musimy zrobić coś z tą zieloną plagą. Nie możemy pozwolić, aby obcy szwendali nam się po okolicy. W tej chwili nasze spokojne miasteczka zalała fala ciekawskich pismaków, widziałam nawet grupkę uczonych z uniwerka jak pobierają próbki wody i ziemi.
- Skąd oni tak szybko dowiedzieli się o naszych problemach? – zapytał Avgar.
- To ten cholerny właściciel hotelu ich zawiadomił. Z tym facetem też będzie trzeba zrobić porządek. A teraz jak na spowiedzi gadać, który to idiota bawił się ostatnio magią? – spojrzała po nas groźnie. Schowałem się całkowicie za szerokimi barkami Avgara, wciągnąłem jego piżmowy zapach, który w jakiś dziwny sposób dodał mi odwagi.
- Kazałaś mi się uczyć – chciałem odezwać się niskim głosem, jak prawdziwy mężczyzna, a wyszedł mi tylko żałosny pisk.
- Kogo mam najpierw zabić ciebie czy jego? – warknęła rozeźlona ciotka wskazując na demona, szczerzącego do niej kły, najwyraźniej w bardzo dobrym humorze. – Miałeś go pilnować idioto z czego się tak cieszysz?
-Wyglądamy teraz jak wielka, zielona rodzina – roześmiał się beztrosko Avgar. Uszczypnąłem go aby natychmiast się uspokoił i nie drażnił wkurzonej ciotki. Nadal miałem w pamięci jej akcję z tasakiem. Sonia jednak była szybsza. Rzuciła w niego ciężką książką nabijając mu solidnego guza. – Wiedźmo czy ty zawsze musisz być taka brutalna? – jęknął poszkodowany.
- Muszę was pilnować, bo inaczej nas wszystkich pozamykają w Zoo, albo w rządowych laboratoriach – rzuciła gniewnie. – Luis, cokolwiek zrobiłeś idź natychmiast to odkręcić!
- Nie wiem czy potrafię – wyszeptałem cichutko. W tym momencie rozległ się ostry dźwięk komórki dobiegający gdzieś z korytarza. Przeraźliwa muzyka techno zazgrzytała nam w uszach.
- Niech ktoś wyłączy to paskudztwo – wrzasnęła zirytowana Sonia.
- Chwileczkę – zmieszany Adaś zerwał się z miejsca i popędził do swojego pokoju. Po chwili muzyka umilkła za to z pokoju dobiegł nas tupot, odgłos przewracanych mebli i rozbijanego szkliwa.
- Aaaa…! Potwory! – usłyszeliśmy przeraźliwy wrzask chłopaka. Rzuciliśmy się wszyscy do drzwi całkowicie je blokując. Oczywiście przepadłem przez próg i wyłożyłem się jak długi, a na mnie runęła cała banda z tyłu.
- Rety – jęknąłem głucho czując jak przygniata mnie ogromny ciężar złożony ze wszystkich moich przyjaciół.
- Ratunku!! – kwiczał spanikowany Adam. Pozbieraliśmy się szybko i ruszyliśmy na odsiecz. Złapałem za stojącą w kącie miotłę, ktokolwiek odważył się zaatakować małego zaraz oberwie. Wszyscy znowu utkwili w drzwiach i zamarli w tej pozycji. Rozległy się pojedyncze stłumione chichoty. Niestety nic nie widziałem. Niewiele myśląc padłem na kolana i na czworakach przeczołgałem się między ich nogami. Zerknąłem do pokoju i muszę przyznać, że trochę mnie zatkało. Na łóżku piszczał i podskakiwał ze strachu blady jak ściana chłopak. Natomiast na podłodze kłębiło się spore stadko zieloniutkich, puszystych kulek. Było ich tak dużo, że wyglądały jak gruby kobierzec pokrywający parkiet. Dywany jednak nie mają czarnych, błyszczących ślepek i małych wąsików.
- Biedactwa, co je tutaj przygnało? Dziwnie się zachowują – zerknąłem na ciotkę, która była w tej chwili po prostu bordowa z wściekłości.
- Co te przeklęte gryzonie robią w moim domy? – krzyknęła prawie nas ogłuszając.
- Przestań się pruć, nie widzisz jakie są przerażone? – odezwałem się do niej oburzony.
- Obrońca uciśnionych się znalazł. Ciekawe co powiesz jak ci poprzegryzają kable od komputera? – fuknęła na mnie. – Nissim zabierz stąd tego panikarza i doprowadź go jakoś do porządku. – Mężczyzna wszedł ostrożnie do pokoju starając się nie nadepnąć żadnego szczura. Wyciągną do chłopaka ręce, a ten natychmiast rzucił się w jego ramiona i ukrył twarz na jego szerokiej piersi. Wyniósł z pokoju Adasia przy akompaniamencie cichych chichotów całej rodziny.
- Te biedactwa są całe przemarznięte i głodne. Potrzebują odrobiny spokoju -Wygoniłem ich wszystkich do salonu. Popatrzyli na mnie jak na wariata, ale grzecznie porozsiadali się z powrotem na swoich miejscach i oczywiście zaczęli mówić jeden przez drugiego. Nissim miał na kolanach Adasia i poił go koniaczkiem z zapasów Soni. Młody wypił łapczywie podany mu alkohol krztusząc się i prychając po czym wyciągnął rękę ze szklaneczką po raz drugi. Opiekun zagadany z Sonią dolewał mu za każdym razem do pełna.
- Luis, wróć z Avgarenm nad jezioro i odwróć jakoś tą reakcję – zwróciła się do mnie już nieco spokojniejsza ciotka. – Zajmę się tymi gryzoniami. Postaram się dowiedzieć co je skłoniło do emigracji.
- Oone szły z zamku Aavgara – wyjąkał bełkotliwie Adaś. Wszyscy spojrzeliśmy na niego, wyglądał dość podejrzanie.
- Człowieku, ile ty mu dałeś tego koniaku? – jęknęła zrezygnowana Sonia.
- Butelkę? – Zaskoczony Nissim spojrzał na pustą karafkę na stole.
- Zabierz go do siebie, bo tutaj nie może zostać. Nowi lokatorzy jakoś nie przypadli mu do gustu – dorzuciła złośliwie. - Reszta pójdzie ze mną do zamku – odezwała się Sonia. Nie pozostało nam nic innego jak podporządkować się jej rozkazom. Nissim wziął czkającego Adasia na barana. Chłopak z szerokim uśmiechem na buzi przylgnął do jego pleców i objął go za szyję. Poszliśmy za nimi. Na zewnątrz było bardzo zimno. Śnieg chrzęścił nam pod nogami i skrzył w promieniach słońca. Adaś otwarł nagle oczy i rozejrzał się dookoła.
- Jjesteśmy w górach prawwda? – wybełkotał. – Góralu czy ci nie żaaal! – zawył na całe gardło fałszując okropnie. Niestety głos miał naprawdę donośny.
- Bogowie za co?! – jęknął Nissim i przewrócił teatralnie oczami. Przyśpieszył kroku żeby zapewne jak najszybciej pozbyć się śpiewającego balastu.Wkrótce zniknęli nam z oczu.
- Dobrze mu tak, trzeba było pilnować smarkacza – warknęła za nimi bezlitośnie Sonia. Nikt tego nie skomentował. Wszyscy szliśmy za ciotką w milczeniu nie chcą jeszcze więcej jej rozdrażniać. Wkrótce dotarliśmy na miejsce. Anka ledwie przekroczyła próg zamku skrzywiła się i zatkała nos.
- Co tutaj tak śmierdzi? Jak możecie mieszkać w takim chlewie? Nie ma co się dziwić zwierzakom, że nie chciały z wami mieszkać – zwróciła się do mnie i Avgara. Wciągnąłem powietrze i stwierdziłem, że faktycznie miała rację. Cuchnęło niemiłosiernie nadpsutym mięsem i zgniłymi jajami.
- Jak wychodziliśmy rano wszystko było w porządku. Nie wiem co się stało – popatrzyłem na nią zaskoczony.
- Trzeba przyznać, że ten zapaszek nawet do ciebie pasuje. Prawdziwie piekielny odór – odezwała się Sonia, posyłając Avgarowi złośliwy uśmieszek. Szła przodem bacznie się rozglądając i węsząc jak rasowy owczarek. Wchodziliśmy po kolei do pokojów i łazienek, wszędzie niestety było tak samo. Od potwornego zapachu wkrótce zaczęło nas drapać w gardle, a oczy same popłynęły łzy.
- Zauważyliście, że najbardziej śmierdzi z umywalek i odpływów – odezwała się milcząca dotąd Ilona.
- Rzeczywiście – Avgar nachylił się nad zlewem w kuchni.
- Robiłeś ostatnio jakieś eksperymenty? – zapytała Sonia, a widząc jak przecząco pokręcił głową, stwierdziła – W takim razie ktoś ci zrobił głupi kawał – zeskrobała znalezioną w szufladzie komody łyżeczką odrobinę paskudnej mazi z odpływu. – Co się tak gapisz? Idziemy do twojego laboratorium, to mi wygląda na jakieś obrzydliwe glony, a reszta wiary do roboty. Dziewczyny do sklepu, dzisiaj ma przyjść dostawa ziół. Luis nad jeziorko odczyniać swoje kiepskie uroki – zakomenderowała nami jak prawdziwy dowódca.
………………………………………………………………………

Adam

Było mi dobrze jak nigdy przedtem. Nissim niósł mnie na plecach, a ja przytulałem się do jego ciepłego, potężnego ciała. Mocno obejmowałem go w tali nogami, aby nie spaść na ziemię. W głowie mi się odrobinę kręciło i cały czas grała w niej skoczna góralska muzyka. Nuciłem pod nosem  i pochyliłem się, żeby wciągnąć w nozdrza boski zapach skóry mojego opiekuna. Dotknąłem nosem jego karku. Wyglądał niesamowicie kusząco, więc bez ostrzeżenia wbiłem w niego zęby pomrukując z zadowolenia.
- Oż kurwa – jęknął mężczyzna i gwałtownie się zatrzymał. Brutalnie zrzucił mnie na śliską, oblodzoną ścieżkę. Oczywiście od razu widowiskowo się na niej wyłożyłem, machając ramionami jak wrona na prochachdla utrzymania równowagi. – Adam! – podniósł mnie do pionu i potrząsnął mną jak kukiełką. –Natychmiast się uspokój, jeśli nie chcesz się jutro obudzić z bolącym tyłkiem! – wbił we mnie błękitne oczy, które teraz wydawały się płonącym kawałkiem zimowego nieba. – Maszeruj do domu pijaku jeden!
- A w którą stronę? – wbiłem w niego lekko zamglone spojrzenie. Zacząłem mrugać oczami dla poprawienia ostrości, bo jego sylwetka trochę mi się zamazywała. Chwycił mnie za ramiona, lekko okręcił i pchnął do przodu. Poszedłem więc przed siebie wąską leśną dróżką mocno się zataczając, na szczęście po obu stronach rosły gęste krzaki i od czasu do czasu mogłem się ich złapać, kiedy kompletnie traciłem równowagę. Za mną szedł wkurzony Nissim, mruczący paskudne przekleństwa we wszystkich językach świata. Prze drogę przebiegła spłoszona sarenka, oczywiście w pięknym zielonym kolorze. Ten widok wydał mi się z jakiegoś powodu strasznie zabawny, a w głowie znowu zaczęła grać kapela.
- Hej kiej zywieckie pola leci sarna, hej nóskami przebiero boby zarła – śpiewałem ile sił w płucach. Ze wszystkich pobliskich drzew zaczęły podrywać się ptaki, odlatując w popłochu w siną dal. – Nie znacie się na prawdziwej sztuce – krzyknąłem za nimi – hic hic – czknąłem i złapałem się gałęzi. – A to słyszałeś? – odwróciłem się do Nissima i pomachałem mu wesoło – Świeć miesiączku świeć! – podjąłem nową piosenkę.
- Do domu! – jęknął zrezygnowany mężczyzna z powrotem nakierowując mnie na właściwą ścieżkę. Droga zdawała się nie mieć końca, a mnie wreszcie skończył się repertuar. Zmęczeni i czerwoni od mrozu dotarliśmy do windy. Dobrze, że Nissim miał dobry refleks, bo mało brakowało, a wypadłbym za burtę. Kiedy dotarliśmy do mojej sypialni mężczyzna pchnął mnie na łóżko i głęboko odetchnął. Wylądowałem na nim  bezwładnie. Odbiłem się kilka razy od sprężystego materaca i zacząłem zanosić się ze śmiechu. Po chwili głupawka mi przeszła, usiadłem i pociągnąłem nosem.
- Śmierdzę – stwierdziłem z niesmakiem.
- Daj spokój. Nie jesteś w stanie się umyć, jeszcze sobie coś złamiesz – odezwał się mężczyzna, usiłując złapać mnie za rękę. O dziwo udało mi się ją wyrwać, wstałem i trzymając się kurczowo ściany popełzłem do łazienki. Zatkałem odpływ i puściłem wodę do wanny. Niemrawo zacząłem się rozbierać, rozrzucając beztrosko ciuchy po całym pomieszczeniu. Wszedłem do ciepłej, parującej wody i oczywiście poślizgnąłem się. Wpadłem z impetem do środka omal się nie topiąc.
- Co ty tutaj wyprawiasz?! – Nissim złapał mnie za ramiona i ułożył w pozycji siedzącej. – Po jaką cholerę kąpiesz się w takim  stanie, chcesz się zabić mały idioto?! – zniesmaczony wziął do ręki gąbkę i zaczął mnie szorować trąc mocno moją skórę, aż się cała zaróżowiła. Kiedy tylko jego dłoń zjechała w niższe rejony zacząłem piszczeć i się wyrywać. Pod wpływem dotyku mężczyzny moje ciało zapłonęło, a ukryty w pianie członek powoli podnosił swoją główkę.
- Iidź stąd, ddam sobie radę – wybełkotałem, widząc w lustrze jak moje policzki robią się dosłownie szkarłatne.
- Jasne – rzucił Nisssim ironicznie, wyciągnął mnie z wody i postawił na śliskich kafelkach. Nogi zaczęły mi się ślizgać na wszystkie strony. Zerknąłem na niego i zaczerwieniłem się o ile to możliwe jeszcze bardziej. Stałem przed nim golusieńki, ociekający wodą, a ten drań zamiast się odwrócić gapił się bezczelnie na mojego penisa, który pod jego spojrzeniem rósł jak na drożdżach.
- Aaa…! – kwiknąłem i zakryłem strategiczne miejsce dłońmi. Zachwiałem się i aby nie upaść rozłożyłem skrzydła. – Ale ze mnie bałwan! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Idealnie pomagały mi balansować nieposłusznym ciałem. – Poruszyłem nimi raz i drugi zafascynowany refleksami jakie malowało na nich światło. Zalśniły jak najprzedniejszy jedwab.
- Jutro rano obudzę się z aureolką i cały w piórach – mamrotał pod nosem Nissim. -Właściwie już jestem prawie święty – westchnął ciężko i z trudem oderwał oczy od mojego gołego tyłka. Złapał mnie w tali i wziął pod pachę. Zacząłem piszczeć i okładać go skrzydłami. – Siedź cicho, bo cię położę na dywanie i przelecę, przeklęty bachorze. – Umilkłem, przestraszony groźną nutą w jego głosie. Rzucił mnie na łóżko i nakrył kołdrą. – Śpij i nie waż się już odzywać – warknął na mnie. Usiadł w fotelu obok i wbił we mnie ponury wzrok. Pod jego wpływem schowałem się pod nakryciem tak, że wystawały tylko moje oczy i czubek głowy. Zamknąłem powieki i wtedy dopiero zaczęła się jazda. Cały pokój zaczął wirować razem ze mną coraz szybciej i szybciej. Mózg zamienił się w gluta obijającego się bezwładnie o ściany czaszki. Żołądek kurczył się i rozkurczał. Zrobiło mi się niedobrze.
- Nissim – jęknąłem bezradnie.
- Zamknij się wreszcie.
- Ale….- wymamrotałem cichutko, obracając się w jego stronę.
- Milcz, jeśli ci cnota miła – fuknął na mnie i wziął ze stolika jakąś gazetę. Próbowałem opanować sensacje w moim brzuchu, ale niestety przegrałem. Usiadłem gwałtownie, nie zdążyłem niestety zrobić nic więcej. W głowie mi zawirowało.
- Ble…. – puściłem pawia wprost na kolana zaczytanego mężczyzny.
- Jasny szlag - zerwał się Nissim – nie ruszaj się. – Ruszył do łazienki, nie był jednak dość szybki i nie udało mu się zejść  z pola rażenia.
- Bleeee…. – rzygnąłem jeszcze raz, a wszystko co dzisiaj zjadłem i wypiłem znalazło się na moim opiekunie.


wtorek, 16 października 2012

Rozdział 6

Hej ludziska! W tym rozdziale poniżej są dwie proste (chyba) zagadki i nikt się nie pokusił o rozwiązanie ich? Buuu...Chlip...

Adam

Rano ubrałem się wyjątkowo starannie w wielką szarą bluzę i spodnie mogące pomieścić ze dwie moje skromne osoby. Doszedłem do wniosku, że skoro Nissim jest prawdopodobnie gejem, to lepiej się mu za bardzo nie rzucać w oczy. Proste, workowate szatki powinny załatwić sprawę. Nasza umowa nadal obowiązywała i musiałem temu leniowi codziennie robić śniadanie. Z drugiej strony dzięki niemu mogłem zostać w Posoce i byłem mu za to niezmiennie wdzięczny. Zazwyczaj nie miałem takich oporów jak dzisiaj. Niestety to co się wczoraj stało spowodowało, że nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Nie chodziło mi wcale o jego pocałunek, wiedziałem, że ten drań zwyczajnie sobie ze mnie kpi. To moje zachowanie mnie tak przeraziło. Na samo wspomnienie bezwstydnego jęku, który z siebie wtedy wydałem, poczerwieniałem się cały jak burak. Miałem zamiar wślizgnąć się po cichutku do zamku, zrobić  śniadanko i ulotnić się po angielsku. Niestety nic z tego nie wyszło. Po wejściu do kuchni zastałem w niej jak zwykle nienagannie ubranego Nissima z włosami upiętym srebrną zapinką, mieszającego jakąś podejrzaną substancję w dużym słoju.
-Co to za paskudztwo? – zapytałem zaciekawiony. Na dźwięk mojego głosu poskoczył, chwycił się za serce i omal nie upuścił trzymanego w rękach pojemnika. – Nieczyste sumienie cię gryzie? – rzuciłem złośliwie.
- Adam, czy ty musisz się tak skradać we własnym domu? – pochylił się i otworzył w podłodze jakąś klapę. Wlał w nieduży otwór całą zawartość naczynia. – Pozbywam się nieudanego wywaru, a to jest najzwyklejsza rura ściekowa.
- Skoro nie ma w tym nic dziwnego, to dlaczego się tak przestraszyłeś? – patrzyłem na niego podejrzliwie. Jakoś ciężko mi było sobie wyobrazić, że temu pedantycznemu  łajdakowi nie udała się mikstura. Najwyraźniej coś kręcił. Zamknął otwór, wyprostował się i spojrzał na mnie z góry.
- Mucho, skurczyłeś się czy kupiłeś ciuchy o kilka rozmiarów za duże? Zupełnie zgubił się w nich twój mały tyłek. Widzę tylko twoją pustą głowę, a reszta gdzieś zniknęła – Podszedł bliżej i zaczął przyglądać mi się z uwagą. – Chyba powinienem jej poszukać. Mimo wszystko, to była twoja lepsza część – wyszczerzył do mnie zęby i zaczął bezczelnie obmacywać. Pisnąłem, zarumieniłem się widowiskowo i rzuciłem się w bok, jak najdalej od jego zwinnych rąk wkradających się właśnie pod moją bluzę.
- Śmiesz twierdzić, że mój tyłek jest dla ciebie ważniejszy niż moja głowa?! – warknąłem na niego i aż zagotowałem się ze złości. – Co z ciebie za opiekun od siedmiu boleści? Masz w tej łepetynie tylko same zboczeństwa!
- Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma – zacytował drań stare przysłowie. – Jakoś nikt inny się nie zgłosił, ale nie martw się mała muszko – klepnął mnie w plecy, aż się zatoczyłem – mam zamiar naprawdę dobrze cię pilnować. – Uśmiechnął się do mnie drapieżnie.
- Może lepiej zrobię ci śniadanie – Sprytnie zmieniłem niebezpieczny temat. Śmignąłem pod jego ramieniem i zacząłem wyciągać z lodówki potrzebne produkty. Posiłek upłynął w miarę spokojnej atmosferze, ale kiedy skończyliśmy pić kawę zauważyłem coś dziwnego.
- Nissim, czy farbowałeś może włosy. Mają zielonkawy połysk – zwróciłem się do opiekuna, przyglądając mu się uważnie.
- Głupi żart – machnął na mnie lekceważąco ręką mężczyzna. – Muszę zrobić małe zakupy. Odprowadzę cię do domu – wstał i ruszył do holu. Oczywiście podążyłem za nim nie odrywając oczu od jego głowy. Jego zwykle idealnie ułożona fryzura nabierała coraz bardziej zielonej barwy. Włożyliśmy kurtki i gdy przechodziliśmy koło lustra Nissim stanął ja wryty.
- Co to jest u pioruna?! Zrobiłeś mi jakiś kawał? – zapytał, patrząc z przerażeniem na swoje piękne niegdyś włosy teraz w wesołym, jadowicie zielonym kolorku.
- To nie ja! Spójrz na mnie! – wyglądałem zupełnie tak samo jak on. Miałem wrażenie, że z czaszki wyrasta mi młody, wiosenny szczypiorek. –  Ciekawe, czyja to sprawka?
- Pośpiesz się, pójdziemy do Soni, może ona coś wie – Już po chwili szybkim krokiem szliśmy przez ośnieżony las. Założyłem kaptur, żeby nie kłuć w oczy miejscowych swoją powierzchownością. Wkrótce jednak zaniechałem tych środków ostrożności.
- Nissim patrz, zielony kruk! – wskazałem ręką na pobliskie drzewo. Siedział na nim napuszony ptak i co chwilę trzepotał skrzydłami. Wyglądał na bardzo oburzonego barwą swoich piór.
- Chyba podziałało na całą okolicę. Jak dorwę tego idiotę, który bawił się w malarza, to mu nogi pourywam przy samej dupie – mruczał gniewnie mężczyzna. Obejrzałem się do tyłu czy jeszcze nie zobaczę czegoś dziwnego i włosy stanęły mi dęba. Natychmiast złapałem się najbliższej gałęzi i wdrapałem się na drzewo. Ulokowałem się wygodnie na szerokim konarze. Był niestety mocno oblodzony i musiałem się silnie trzymać, aby nie spaść na ziemię.
- Co ty wyprawiasz mucho? – zapytał zaskoczony opiekun.
- Eee… zzobaczaacz – wyjąkałem z trudem i wskazałem na ścieżkę po mojej lewej stronie. Wiedziałem, że prowadziła do zamku Avgara, ale teraz było ważniejsze coś innego. Całą szerokością leśnej dróżki szła niekończąca się armia szczurów, oczywiście wszystkie w radosnym, wiosennym kolorze. Długie , zimowe futerka upodobniły je do małych, puszystych kulek. Zaaferowane gryzonie wcale nie zwróciły na nas uwagi. Biegły, przebierając pracowicie małymi nóżkami w sobie tylko wiadomym kierunku. – Dlaczego się wyprowadzają? Czytałem, że takie ich zachowanie wróżyło rychłą katastrofę – wyszeptałem, patrząc niepewnie na Nissima. – Może coś się stało Avgarowi?
- Przestań się bawić w jasnowidza i złaź – odezwał się mężczyzna, z uśmieszkiem obserwując gryzonie.  - Pewnie im się znudziło w tej paskudnej norze i poszły szukać lepszego lokum.
- Nie ma mowy. Zostaję tutaj. Brzydzę się tych paskudnych wąsali – powiedziałem, starając się opanować drżenie w moim głosie, spojrzałem na niego z uporem i przylgnąłem mocniej do gałęzi.
- Adaś, nie wygłupiaj się zamarzniesz tutaj, termometr za oknem sypialni wskazywał piętnaście stopni mrozu – wyciągnął do mnie rękę. Odsunąłem się najdalej jak potrafiłem. – Oszaleję przez ciebie – jęknął Nissim i wdrapał się na ten sam konar, na którym siedziałem.
- Odczep się zostaję tutaj – naburmuszyłem się i wydąłem wargi.
- Aleś ty zawzięty – Mężczyzna nagle pochylił się i wpił niespodziewanie w moje usta. Przygarnął mnie do siebie i przytulił do twardego torsu. Mrucząc cicho całował mnie zaborczo nie pozwalając mi umknąć. Chciałem na niego krzyknąć i otworzyłem usta. Natychmiast skorzystał z tego i wdarł się do środka. Jego język gładził ciepłe wnętrze uspokajająco, pieścił delikatnie policzki i dziąsła. Z sekundy na sekundę robiło mi się coraz goręcej. Nie zdziwiłbym się, gdyby śnieg wokół nas zaczął topnieć od żaru jaki mnie ogarnął. Zaczął trącać mój język swoim zapraszając mnie do zabawy. Gładził łagodnie moje plecy jakby się bał, że mnie przestraszy. Tymczasem ja płonąłem, roztapiałem się w ogniu jego pocałunków. W tej chwili mógł ze mną zrobić co chciał. Byłem w jego dłoniach zupełnie jak rozgrzany wosk. Miękki i podatny na każdą sugestię. Dryfowałem pośród różowych obłoczków pojękując cichutko. Nagle całe ciepło gdzieś zniknęło i zostałem zupełnie sam na ośnieżonej gałęzi. Zachwiałem się i runąłem w dół prosto w śnieżną zaspę.
- Aaa…! – wydałem z siebie przeraźliwy pisk, kiedy moje rozgrzane ciało zetknęło się z lodowatym podłożem. Na szczęście w Nissimie kołatały się jeszcze jakieś resztki człowieczeństwa. Wyciągnął mnie stamtąd zanim zacząłem powtórnie wrzeszczeć.
- No już - Otrzepał mnie z białego pyłu. – Spadłeś z tego drzewa zupełnie jak dojrzałe jabłuszko – zachichotał, zerkając na moje zarumienione policzki. – Było ci dobrze, prawda?
- Nie wyobrażaj sobie niczego dziwnego. Mam wrażliwą skórę i na mrozie zawsze się tak czerwieni – prychnąłem na niego wyniośle i pomaszerowałem przodem, nie oglądając się ani razu na tego łobuza, który z ogromnie zadowoloną miną podążał za mną.
…………………………………………………………

Luis
Spałem w najlepsze, kiedy zaczęła dzwonić moja komórka. Otworzyłem jedno oko, łypnąłem na nią groźnie i z powrotem przytuliłem się do mojej żywej podusi. Muskularny tors Avgara był wprost idealny do spania. Jego potężne ciało pasowało do mojego jakby było specjalnie dla niego stworzone. Przytuliłem policzek do ciepłej, pachnącej piżmem skóry i westchnąłem z zadowoleniem. Uchyliłem powieki i przed samym swoim nosem zobaczyłem ciemny sutek. Wyglądał bardzo zachęcająco, zupełnie jak mała rodzynka. Nie mogłem się powstrzymać i delikatnie go ukąsiłem. Ręka jak zaczarowana sama popełzła w kierunku drugiego. Zaczęła ściskać go i skręcać, aż z ust śpiącego mężczyzny wyrwał się gardłowy pomruk aprobaty.
-Bzz..bzzz – komórka nie dawała za wygraną. Z jękiem podniosłem się z łóżka i sięgnąłem po upierdliwy aparat. Zobaczyłem wyświetlaczu numer Soni i bezmyślnie przycisnąłem zestaw głośno mówiący.
- Wracaj natychmiast do domy ty mała cholero! Zabierz ze sobą swój skretyniały materac! – wściekły wrzask ciotki przyprawił mnie o palpitacje serca. – Mamy tutaj prawdziwe piekło i mogę się założyć, że to twoja sprawka bałwanie.
- Już pędzę – pisnąłem cieniutko i natychmiast wyłączyłem telefon w obawie przed następnym atakiem rozeźlonej Soni. W uszach nadal mi dzwoniło. Spod kołdry wystrzeliły nagle dwa nagie, muskularne ramiona i przyciągnęły mnie do siebie.
- Czego chciała ta wiedźma? Ma okres, że się tak pruje od rana? – zapytał Avgar, unosząc do góry jedną czarną brew. – Niech poczeka, teraz jest czas na moją ulubioną porcję słodyczy – ugryzł mnie w szyję, powarkując cicho z zadowolenia.
- Zachowuj się, musimy iść natychmiast. Chyba stało się coś naprawdę niedobrego – odepchnąłem go z całej siły, co było niestety równoznaczne z próbą podniesienia przeze mnie ciężarówki. Nie drgnął nawet o centymetr. – Avgar, wstań wreszcie nie wygłupiaj się – fuknąłem na niego rozeźlony.
- Nie mam siły – przylgnął do moich pleców jak pijawka – bez porannej dawki białka nigdzie się nie ruszam. Odpowiednia ilość paliwa jest mi niezbędna do przetrwania – wyszczerzył się do mnie bezczelnie – zwłaszcza, że w domu czeka na nas ta plująca jadem jędza. - Włożył ręce pod kołdrę i złapał za Wacusia. Jęknąłem bezradnie odchylając się do tyłu. Jego dotyk działał na mnie jak narkotyk. Zaczął delikatnie pieścić mojego penisa, jednocześnie całując napięty ze zdenerwowania kark i ramiona aż zupełnie się rozluźniłem. Podniósł mnie do góry i przekręcił nasze ciała tak, że znalazłem się pod nim. Powoli zsuwał się w dół liżąc i podgryzając wszystko co napotkał po drodze. Moje chętne i uległe ciało natychmiast zapłonęło jak pochodnia. Jęczałem i wiłem się pod nim rozsuwając szeroko uda, aby mógł swobodnie się miedzy nimi ułożyć. Dotarł w najwrażliwsze rejony i chuchnął na mojego członka. Wziął go głęboko do ust, a ja zawyłem z rozkoszy. Zassał się na nim mocno powodując, że resztki rozsądku jakie jeszcze kołatały się po mojej głowie uleciały za morza. Poddałem się mu całkowicie, drapiąc jedwabne prześcieradła i kwiląc jak małe szczenię. Wkrótce doprowadził mnie na szczyt i wytrysnąłem wprost w jego spragnione wargi. Wczołgał się na górę z powrotem i przytulił do mojego boku. Leżałem cicho posapując kompletnie pozbawiony siły. Pocałował mnie czule i uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie ma to jak odrobinę świeżego mleczka prosto ze źródełka – zachichotał, przeciągając się jak duży kocur. – Mogę teraz stawiać czoło całemu światu Skrzaciku.
…………………………………………………………

Pół godziny później byliśmy już w drodze do mojego domu. Minęliśmy kilka jadowicie zielonych zwierzątek. Coraz bardziej się denerwowałem. Uzmysłowiłem sobie, że problem ma o wiele szerszą skalę niż myślałem, tym bardziej, że włosy demona też zaczęły przybierać jakiś dziwny odcień. Zacząłem bać się co mnie czeka na miejscu i szedłem najwolniej jak potrafiłem. Pod lasem zobaczyłem kilku nieznajomych mężczyzn, wyglądających na dziennikarzy, palących ognisko i popijających grzańca. Przez ramiona przewieszone mieli profesjonalne aparaty fotograficzne. Na nasz widok wyraźnie się ożywili.
- Panowie miejscowi? – zagadnął nas najodważniejszy z nich, ubrany w wielką puchatą kurtkę z której ledwie go było widać.
- Najlepiej będzie jak jeszcze dzisiaj wrócicie do domu – warknął do nich nieprzyjaźnie Avgar. – Te lasy nie są zbyt przyjazne dla obcych, zwłaszcza po zmierzchu.
- Grozi nam pan? – zapytał inny pismak.
- Daję tylko dobrą radę, wasza sprawa czy z niej skorzystacie – rzucił chłodno do zbitych w niespokojne stadko, zaniepokojonych jego postawą mężczyzn. Jeden z nich miał jeszcze zamiar o coś zapytać, ale został przywołany do porządku przez stojącego obok kolegę.
- Uspokój się Krzychu, facet jest zbudowany jak niedźwiedź. Nie potrzebujemy awantury tylko informacji. Może w sklepiku czegoś się dowiemy o tej zielonej pladze.
- Radziłbym też skorzystać lustra. Pani Kasia na pewno ma jakieś na zapleczu – pomachałem do nich odrobinę przestraszony, widząc jak na moich oczach ich brwi i rzęsy zmieniają kolor.

piątek, 28 września 2012

Rozdział 5


Adam

To miał być mój pierwszy dzień w nowej szkole. Wystroiłem się w ciuszki, które wczoraj przygotowały dla mnie Anka z Iloną. Pierwsze wrażenie jest takie ważne. Chciałem pokazać się od jak najlepszej strony i pozyskać kilku przyjaciół. Poznać fajną dziewczynę. W domu niby było pełno ludzi, ale każdy z nich zajęty swoimi sprawami niewiele miał dla mnie czasu. Szkoda, że nie ma Nissima. Sprawdziłbym na nim czy dobrze wyglądam. Właściwie miałem jeszcze sporo czasu do odjazdu. Szybko włożyłem kurtkę i buty i pognałem do mojego opiekuna. Odrobinę bałem się jego reakcji po wczorajszym śniadaniu, ale ciekawość przeważyła. Jak tylko znalazłem się w holu stanąłem przed ogromnym lustrem i zacząłem się przed nim wyginać. Napiąłem mięśnie klatki piersiowej, potem odwróciłem się tyłem i wyeksponowałem nieco pupę.
- Chyba nie jest najgorzej – mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
- O tak, w sam raz do przedszkola – odezwał się złośliwie stojący za mną Nissim. Odwróciłem się gwałtownie, nieco przestraszony jego nagłym pojawieniem się. Nie powinienem był tego robić, bo stanąłem oko w oko z zbudowanym jak Apollo facetem ubranym w same tylko spodnie. Rozpuszczone jasne włosy sięgały mu aż do zgrabnych pośladków. Mrużył swoje kocie oczy i zerkał na mnie kpiąco. Stałem tam jak to przysłowiowe ciele. Gapiłem się na niego z otwartą buzią i wytrzeszczonymi oczami niezdolny do żadnego rozsądnego ruchu. – No dzieciaku – poklepał mnie lekko po policzku – zapowietrzyłeś się czy co? – Odwrócił mnie z powrotem do lustra. – Widzisz różnicę? Tu masz przystojnego mężczyznę – wskazał na siebie – a tu małe, skrzydlate cosik – roześmiał się i pstryknął mnie w nos.
- Bogowie naprawdę strasznie się pomylili – odezwałem się, kiedy tylko odzyskałem rozum i zdolność reagowania, sparaliżowane wcześniej jego przerażającą, anielską urodą – włożyli taką paskudną duszyczkę w wyjątkowo porządne opakowanie. Co za marnotrawstwo! – wykrzywiłem się do niego. Rozłożyłem skrzydła i zanim zdążył zrobić cokolwiek wzbiłem się w powietrze. Przez najbliższe okno wypadłem na zewnątrz i poszybowałem do domu. Ten sposób przemieszczania się był o wiele szybszy. Szkoda, że nie mogę wykorzystywać go na co dzień. Zdążyłem jeszcze zjeść spokojnie śniadanie. Oczywiście zostałem odwieziony do szkoły jeepem przez studenciaków. Bezceremonialnie wywalili mnie przed bramą kiwając na pożegnanie głowami. Co gorsze powiedzieli, że po lekcjach odbierze mnie sam Wielki Opiekun. Na szczęście teraz nie miałem nerwów do tego, żeby myśleć co mi zrobi w drodze powrotnej. W szkole poszło mi lepiej niż przypuszczałem. Poznałem bliźniaczki Renię i Martę oraz śliczną Kasię, która siedziała przede mną w klasie i od razu wpadła mi w oko. Interesowała się rysunkiem tak jak ja. Postanowiliśmy, że we czwórkę pójdziemy na pizzę, a potem do kina. Miałem zamiar wrócić do domu busem. Zapatrzony w brązowe oczy dziewczyny zupełnie zapomniałem, że po lekcjach będzie czekał na mnie Nissim. Po skończonych zajęciach szliśmy nieśpiesznie w kierunku bramy.
- Adam – zaszczebiotała Renia – czy ten niesamowity facet nie czeka czasem na ciebie? - Wskazała na mężczyznę opierającego się o elegancką limuzynę i pogrążonego w lekturze jakiejś gazety. Nie znałem się na samochodach dla mnie auto służyło do przemieszczania się. Miało mieć cztery koła i kierownicę.
- Kto to jest? Brat, kuzyn ? Przedstaw nas,  jest jakimś modelem? – błagała mnie Marta ciągnąc mnie za rękę.
- Dajcie mu spokój – odezwała się cicho Kasia. – Co będzie kinem? – poprawiła mi pod szyją szalik i uśmiechnęła się do mnie.
- Powiem mu, że wrócę później – mruknąłem zażenowany jej gestem. Byłem taki szczęśliwy, że już pierwszego dnia wyhaczyłem taką słodką dziewczynę. Podszedłem do Nissima i zapukałem w gazetę.
- Możesz już jechać, ja zostaję z nimi – machnąłem ręką w kierunku nowych znajomych. – Widzisz tą brunetkę? Świetna prawda? Może uda się mi ją dzisiaj poderwać – tłumaczyłem mu entuzjastycznie. Niestety w jego oczach nie widziałem zrozumienia. Patrzył na mnie coraz chmurniej. Moje towarzyszki chyba niezbyt przypadły mu do gustu.
- Adam, wracamy do domu – powiedział chłodno.
- No coś ty, nie ma mowy! – zrobiłem krok w tył. Złapał mnie za ramię i zacisnął na nim rękę.
- Nie mam zamiaru z tobą dyskutować – otworzył drzwi od strony pasażera, podniósł mnie do góry i wrzucił do środka jak zbuntowane dziecko. Zapiął pas bezpieczeństwa tak, że nie mogłem się ruszyć. Wsiadł z drugiej strony i spojrzał na mnie wyniośle. Ruszył z piskiem opon, a ja zdążyłem jeszcze tylko zauważyć zaskoczone miny moich koleżanek.
- To terroryzm – wrzasnąłem do niego mocno wkurzony.
- Jestem twoim opiekunem mucho, a ty masz się uczyć, a nie włóczyć z jakimiś podejrzanymi dziewuszyskami po mieście – rzucił mi nieprzyjazne spojrzenie.
- Mieliśmy iść do kina, co w tym niestosownego? Kasia to najładniejsza dziewczyna w klasie i sam do mnie podeszła. Widocznie jestem atrakcyjniejszy niż myślałeś  – warknąłem równie niegrzecznie.
- Jesteś jeszcze za młody, żeby chodzić na randki. Nie wydaje ci się to podejrzane , że tak od razu się do ciebie przykleiła. Przecież wcale cię nie zna – stwierdził poważnie.
- Ty jesteś gorszy od mojej matki! Mam siedzieć w domu i po całych dniach zakuwać? Nie będę słuchał twoich dziwnych spiskowych teorii! – zacząłem na niego krzyczeć, bo puściły mi nerwy.
- No widzisz, wystarczyło chwilę się zastanowić i od razu wpadłeś na właściwe rozwiązanie, a o moich teoriach to ja ci jeszcze przypomnę we właściwym czasie – posłał mi koci uśmieszek. – Poza tym dziewczyny nie są dla ciebie.
- Co przez to rozumiesz? –samochód zatrzymał się na poboczu. Było już całkiem ciemno. Na prawo las, na lewo las, a przed nami ośnieżona droga. – Dlaczego nie jedziemy? Ty chyba nie myślisz, że jestem podobny do ciebie? – popukałem się palcem po głowie w wymownym geście. Nissim wysiadł bez słowa z samochodu i otworzył drzwiczki po mojej stronie. Wyciągnął mnie na zewnątrz i oparł o maskę. Przycisnął mnie do lodowatej blachy swoim ciałem tak, że nie mogłem nawet drgnąć. Jego piękne oczy lśniły groźnie w świetle księżyca. Ściągnął mi z głowy czapkę i rzucił ją na ziemię. Stał tak blisko, że czułem na twarzy jego oddech.
- A więc uważasz muszko, że nie masz nic wspólnego z takim odmieńcem jak ja? – zatonąłem w jego spojrzeniu. Ogarnęła mnie jakaś dziwna niemoc. Bałem się nawet drgnąć. Coś nieznanego budziło się w moim wnętrzu. – Zaraz sprawdzimy jak bardzo się różnimy. – Pogłaskał mnie delikatnie po policzku opuszkami palców. Wodził nimi przez chwilę po mojej twarzy jakby uczył się jej na pamięć. Wydawało mi się, że każde jego dotknięcie zostawia ogniste ślady na moich policzkach. – Masz taką aksamitną skórę, miękką i ciepłą w dotyku – szeptał mi do ucha wibrującym głosem. Jego usta znalazły się tak blisko. Moje kolana zaczęły się dziwnie zachowywać. Z trudem utrzymywały ciężar ciała. – Teraz cię pocałuję, a ty udowodnisz mi jak bardzo mnie nie cierpisz – musnął mnie  wargami. – Pokaż, że jesteś odważny i rozchyl trochę usta – dotarł do mnie jego cichy, pełen nieznanych mi obietnic  głos. – Nie bój się kruszyno. – Oblałem się rumieńcem i zrobiłem o co prosił. Nie chciałem wyjść na tchórza. Zaczął mnie subtelnie pieścić, badając swoimi gorącymi wargami moje drżące usta. Zamknąłem oczy. Miałem wrażenie, że dotykają mnie motyle skrzydła, rozgrzewając całe moje ciało i wzbudzając w nim rozkoszne wibracje. Zaczęło kręcić mi się w głowie z nadmiaru wrażeń. Podałem się tym emocją i jęknąłem głośno z doznawanej przyjemności. Ten dźwięk rozszedł się w ciszy nocy jak wystrzał armatni i natychmiast przywrócił mi rozsądek. Nissim, wyczuwając zmianę mojego nastroju odsunął się ode mnie, a ja opadłem bezwładnie na śnieg jak szmaciana kukła.
- Wstawaj muszko, bo się przeziębisz – wyciągnął do mnie rękę. – Pierwszy raz ktoś padł jak rażony gromem po moim pocałunku – roześmiał się ten łajdak i podniósł mnie do pionu. – Chyba zrobiłem na tobie piorunujące wrażenie. – Wsiadłem do limuzyny automatycznie, wepchnięty przez przyglądającego się mi z rozbawieniem mężczyznę. Byłem jak zaklęty. Resztę drogi siedzieliśmy w zupełnej ciszy. Wysiadłem pod swoim domem i nie żegnając się z nim ruszyłem do drzwi. Zgromadzona w kuchni cała rodzinka próbowała się mnie wypytywać o pierwszy dzień w liceum, ale kręciłem tylko głową i odpowiadałem półsłówkami. Nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Szybko się więc zniechęcili i pozwolili mi odejść. W swoim pokoju zwaliłem się na łóżko jak kłoda. Nadal nie mogłem pozbierać myśli. Rozpierzchły się na wszystkie strony jak stado wystraszonych ptaków. Dotknąłem swoich ust i westchnąłem z niechęciom. – Ten drań chyba mnie jakoś zaczarował! Tak, to na pewno było to! Odprawił nade mną jakieś hokus pokus i zmusił mnie do uległości. Moje ogłupiałe ciało reagowało po prostu na jego magię. Kto wie jakimi mocami włada ten czarnopióry anioł!  To niemożliwe, żebym był gejem! Chłopcy nigdy mi się nie podobali! – Te rozważania nieco mnie uspokoiły. Zabrałem cieplutki, stary dres i ręcznik i powlokłem się do łazienki. Zepchnąłem na samo dno duszy to drżące coś, które niebacznie się obudziło. – To pewnie z głodu mam jakieś majaki! Najwyższy czas na dobrą kolacyjkę! – Tłumaczyłem sobie swoje zachowanie najlepiej jak umiałem, ale gdzieś tam zawsze pozostawały jakieś wątpliwości. Chodziłem przecież z kilkoma dziewczynami. Co prawda krótko i nie były to poważne związki, ale to chyba o czymś świadczy prawda? Z niektórymi się nawet pocałowałem. Żadna z tych sympatii nie przerodziła się jednak w płomienną miłość o jakiej czytałem w książkach. Ostatnio zacząłem nawet podejrzewać, że coś takiego wcale nie istnieje.
………………………………………………………………………

Luis

Avgar kazał mi się uczyć. Pozwolił korzystać ze swojej biblioteki kiedy tylko miałem na to ochotę. Musiałem się podszkolić. Kłopot w tym, że nie znałem ani jednej osoby, która miałby podobne moce do moich. Nie było nikogo, kto mógłby być moim nauczycielem. Jeśli mam zostać towarzyszem demona to przede wszystkim muszę dowiedzieć jak wykorzystać swoje wrodzone umiejętności do obrony siebie i moich bliskich. Wiedziałem, że mam dobrą łączność z naturą. Z roślinami i zwierzętami rozumiałem się bez słów. Do tej pory to one broniły mnie w chwilach zagrożenia. Przychodziło to jednak spontanicznie i nie umiałem tym kierować. Zacząłem się wgłębiać w mity i podania o celtyckich druidach. To co przeczytałem o ich umiejętnościach było chyba mi najbliższe. Niestety, gdzie ja miałem znaleźć w południowej Polsce dziwaka gadającego z drzewami ze starożytnej Brytanii. Wyciągnąłem jakąś małą, wyglądającą na dość starą książeczkę traktującą i wodnych stworzeniach. Najobszerniej były opisanie te, które zamieszkiwały nasze leśne jeziora. Opisane były metody nawiązania z nimi kontaktu. Postanowiłem je wypróbować. - Może uda mi się pogadać z jakimś tutejszym utopcem. He He. - Pobiegłem nad nasze miejscowe jezioro. Jeśli wierzyć miejscowym legendom było bardzo głębokie i kryło niejedną tajemnicę. Śnieg był bardzo głęboki. Zapadałem się w nim po uda. Z trudem dobrnąłem do brzegu. Zobaczyłem w pobliżu sporą kłodę drzewa. Rzuciłem na nią taszczony ze sobą kocyk. Umościłem się na nim wygodnie i zacząłem medytację. Miałem ogromną ochotę zajrzeć na samo dno. Podobno leżała tam niejedna skrzynia ze skarbami. Po chwili udało mi się coś dojrzeć. Niestety ani utopca ani żadnych skrzyń z interesującą zawartością. Wszystko jakieś szaro bure, jakby pogrążone we  śnie. - Nie ma się co dziwić, że nikt nie chce tutaj nurkować. Nie ma na czym zawiesić oka. Strasznie tu ponuro, żadnych żywych kolorków. Gdyby tak tego karpika przemalować na złoto, tamtego suma na niebiesko, a splątane zielsko obok tego kamienia na czerwono. – Oczyma wyobraźni zobaczyłem barwne dno jeziora, przypominające nieco rafę koralową jaką widziałem w telewizji. Wyglądało naprawdę pięknie. Trzasnęła jakaś gałązka i w tym momencie wizja się urwała. Poczułem przenikliwe zimno. Nie miałem pojęcia jak długo siedziałem nad zamarzniętym brzegiem jeziora. Zerwałem się z miejsca i zacząłem przytupywać. Złapałem do ręki kocyk i opatuliłem się nim od stóp do głów.  Pobiegłem szybko w kierunku domu Avgara. Po kilkunastu minutach byłem na miejscu. Wpadłem pędem do salonu i zatrzymałem się przed płonącym kominkiem. Wyciągnąłem posiniałe z zimna ręce do trzaskającego wesoło ognia próbując choć odrobinę się rozgrzać.
- A cóż to takiego? – usłyszałem za sobą rozbawiony głos demona. – Rozbierz się z tych mokrych łachów, szybciej się rozgrzejesz. Napij się herbaty – wskazał na parujące filiżanki na stoliku. Rzuciłem się łapczywie na gorący napój. Avgar pił powoli przyglądając mi się z coraz większym zainteresowaniem. W końcu odłożył kubek i podszedł do mnie. Zaczął powoli ściągać ze mnie kolejne warstwy ubrania. Kiedy zdjął moją czapkę kąciki jego ust nieznacznie drgnęły. – Luis, czym ty się znowu bawiłeś? Teraz wystarczy ci tylko szpiczasty kapelusik i możesz grać leśnego skrzata w bajkach. Kiedy już zostałem tylko w koszulce i spodniach wziął mnie za rękę i zaprowadził do stojącego w kącie lustra. – Zobacz jak wyglądasz! – Na takie stwierdzenie odruchowo zamknąłem oczy. Pamiętałem co się działo jak pomieszałem ze sobą wszystkie żele i balsamy demona. Nie miałem odwagi spojrzeć w szklaną taflę.
- Nie chcę – stwierdziłem z oślim uporem i założyłem ręce na piersi.
- Ale z ciebie głuptas – podszedł do mnie z tyłu i objął mnie ramionami. – Nie przejmuj się skarbie i tak mi się podobasz –cmoknął mnie w kark cicho chichocząc. Powoli uchyliłem powieki. Nie miałem pojęcia co mogę zobaczyć. Rogi, ogonek, skrzydła, dwie głowy opcji były tysiące. To cholerne miasteczko było jak czapka dżina. Nigdy nie wiedziałeś co z niego wyskoczy żeby cię załatwić na amen. Zerknąłem w lustro i odetchnąłem z ulgą.
- Zielone włosy, brwi i rzęsy faktycznie upodobniły mnie do leśnego elfa. Prawie rok mieszkania w Posoce uodpornił mnie jednak na takie psikusy natury. Jakoś się zmyje prawda? – rzuciłem beztrosko do Avgara.
- Chyba tak. Myślisz, że tam też masz taki kolorek? – Demon powędrował wzrokiem w dół i zatrzymał się w wiadomym miejscu. Złapał za spodnie i pociągnął je lekko. Miał drań rację. Tam też byłem zielony. Włożył mi rękę do majtek i wyciągnął z nich już na wpół stwardniałego członka. Sapnąłem czując wędrującą między moje uda wzburzoną falę gorącej krwi. Próbowałem wyrwać się z uścisku, ale tylko mocniej wbiłem się w jego twarde ciało. Pośladkami wyczułem jak bardzo jest podniecony.
- Wiesz Lui, Wacusiowi do twarzy w tych szmaragdowych loczkach. Zobacz jaki jest zadowolony. Rośnie jak drożdżach – śmiał się w najlepsze zachwycony najwidoczniej moją przemianą Avgar.